Smutna to jesień dla fanów spaghetti cinema. W ubiegłym tygodniu ubolewałem nad śmiercią Luciano Viscenzoniego oraz Giuliano Gemmy, a wczoraj wieczorem dowiedziałem się, że 5 października samobójstwo popełnił Carlo Lizzani, kolejny ważny twórca makaroniarskiego gatunku. Poniżej pierwsza wersja tekstu z mojej planowanej książki (znowu nie pogniewam się za opinie), poświęconego jednemu z jego westernów; temu właśnie, który śmiało zaliczyć można do jednego z najciekawszych reprezentantów Włoskiego Zachodu.
R.I.P.
"- Szkoda marnować dobry chleb.
- Większa szkoda marnować dobre naboje."
Carlo Lizzani
to zaangażowany politycznie reżyser był zaangażowanym politycznie reżyserem, który przygodę z
kinem rozpoczął od neorealizmu oraz dokumentalizmu, a który szybko
specjalizować się zaczął w rozmaitych utworach gatunkowych (od kryminału
po komedię erotyczną). Pierwszym z jego dwóch westernów były nakręcone w
1966 roku "Krwawe wzgórza". Ta sentymentalna opowieść o mścicielu odniosła duży sukces komercyjny, ale - poza muzyką Ennio
Morricone, obsesyjnością głównego bohatera oraz ekspresyjnymi występami Thomasa Huntera i Henry'ego Silvy
- nie da się o niej powiedzieć wiele dobrego. W zrealizowanym
następnie "Requiescant" reżyser śmiało rozwijał niektóre z pomysłów
zawartych we wspomnianym przeboju, jednocześnie wywracając użyte tam
schematy do góry nogami. O ile więc "Krwawe wzgórza" były w zasadzie
imitacją westernu amerykańskiego (różniąc się odeń głównie większą dawką
akcji), o tyle kolejny obraz Lizzaniego stanowi już przykład pozycji
zupełnie niekonwencjonalnej. Swój pierwszy western zrobił on jako
rzemieślnik, swój drugi - jako artysta.