"Aliens: Salvation" Dave Gibbons i Mike Mignola, 1993
Z tego, co czytałem, jest to jeden z czterech tytułów, dzięki którym kariera Mignoli nabrała długo oczekiwanego wiatru w żagle. Gwoli ścisłości te pozostałe to adaptacja "Draculi" Coppoli, "Batman: Sanctum" oraz ciągle nieznany mi "Fafhrd and Gray Mouser" według scenariuszy zapomnianego Howarda Chaykina (jakiś czas temu rajcowałem się jego "The Shadow: Blood & Judgement", ale coś mi się zapomniało o tym napisać). I to właśnie Mignola z czasów, kiedy bał się jeszcze pisać własne scenariusze, był powodem, dla którego sięgnąłem po "Salvation". Ciekawe oglądało mi się jego starsze prace, choć diametralnych różnic nie zauważyłem - ot, są mniej kanciaste i z mniejszą ilością tuszu (który nakładał Kevin Nowlan). Są jak najbardziej OK, jeśli jednak zestawić je choćby ze wspomnianym, powstałym w tym samym roku "Sanctum", to wypadają nieco blado. Prawdziwy popis możliwości Mike'a przychodzi tylko w tych kilku miejscach, w których fabuła robi się nagle oniryczna / surrealistyczna (check this out). No ale właśnie, przejdźmy do historii. Gibbons, którego do tej pory znałem tylko jako rysownika, swoją opowieść oparł o różne rozwiązania z pierwszych trzech części filmowej serii. Jest więc obca planeta, jest sygnał SOS, jest twarda babeczka, która nie da sobie w kaszę dmuchać, jest android, dużo alienów i królowa, a przede wszystkim jest wywiedziona z fincherowskiej "trójki" postać religijnego fanatyka. Nie chodzi bynajmniej o tą samą postać - w "Salvation" mamy nawiedzonego kucharza. Jego wiara jest podstawą całej narracji (obcych nazywa demonami, a Firmę diabłem etc.). Czyni to komiks bardzo specyficznym, ale niekoniecznie w pełni satysfakcjonującym, gdyż zabrakło miejsca na porządną psychologię, przez co ciężko naprawdę przejąć się losami bohatera. Z tego wszystkiego najciekawsze okazuje się to, że fabularnie - rzecz dotyczy transportu i hodowli obcych - "Salvation" jest w pewnym sensie zapowiedzią filmu Jeuneta.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan Moore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan Moore. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 12 grudnia 2013
poniedziałek, 25 listopada 2013
Ostatnio przeczytane vol. 2
"Alan Moore's The Courtyard" Antony Johnston i Jacen Burrows, 2009 (oryg. 2003)
Lektura tego komiksu przypomina spożywanie posiłku, który u swoich podstaw ma wiele z naszych ulubionych składników, ale który ostatecznie wcale nie smakuje tak, jak byśmy tego oczekiwali, gdyż kucharz nie wiedział, jak swoje danie powinien przyprawić. Kucharzy było tutaj aż trzech, ale winą za niewystarczającą jakość posiłku obarczam tylko jednego. A jest nim, o zgrozo, sam Alan Moore. W 1994 roku napisał on opowiadanie bazujące na lovecraftowskim "Koszmarze w Red Hook". 9 lat później panowie Johnston i Burrows postanowili dokonać jego komiksowej adaptacji, z Moore'm na pokładzie w roli konsultanta. Johnston przełożył prozę na język opowieści obrazkowych w sposób zaskakująco filmowy - niemal każdą stronę dzielą tu na pół dwa długie panele, w związku z czym kartkowanie dzieła przypomina oglądanie stopklatek, a narracja subiektywna aż się prosi o termin "narracja pozakadrowa". Trochę kreskówkowy styl Burrowsa gdzieniegdzie wydawał mi się zbyt umowny, lecz ogólnie rzecz biorąc to - wbrew nijakiej okładce - rysownik wykonał bardzo porządną robotę. Niedziwne, że kilka lat później Moore zaproponował mu współpracę przy kontynuacji "The Courtyard". Problem tkwi w fabule, a dokładniej - w jej charakterze. Historia sama w sobie jest całkiem dobra (średnio podobało mi się niezbyt oryginalne zakończenie), składająca się z kilku bardzo interesujących elementów (narkotyk produkowany w ludzkim mózgu, teoria anomalii), a opowiadana w sposób należycie dla horroru niepokojący i złowieszczy. Rzecz w tym, że Moore nie jest sobą, a próbuje być drugim Lovecraftem. Autor "V jak Vendetta" nie raz już udowadniał, że jest mistrzem stylizacji, tyle że mistrzostwo to było efektem tego, że kolejne wzorce filtrował przez własny styl. A tutaj po prostu imituje "Samotnika z Providence", autora tak samo specyficznego i osobnego. Takiego, którego udawać się nie da.
Lektura tego komiksu przypomina spożywanie posiłku, który u swoich podstaw ma wiele z naszych ulubionych składników, ale który ostatecznie wcale nie smakuje tak, jak byśmy tego oczekiwali, gdyż kucharz nie wiedział, jak swoje danie powinien przyprawić. Kucharzy było tutaj aż trzech, ale winą za niewystarczającą jakość posiłku obarczam tylko jednego. A jest nim, o zgrozo, sam Alan Moore. W 1994 roku napisał on opowiadanie bazujące na lovecraftowskim "Koszmarze w Red Hook". 9 lat później panowie Johnston i Burrows postanowili dokonać jego komiksowej adaptacji, z Moore'm na pokładzie w roli konsultanta. Johnston przełożył prozę na język opowieści obrazkowych w sposób zaskakująco filmowy - niemal każdą stronę dzielą tu na pół dwa długie panele, w związku z czym kartkowanie dzieła przypomina oglądanie stopklatek, a narracja subiektywna aż się prosi o termin "narracja pozakadrowa". Trochę kreskówkowy styl Burrowsa gdzieniegdzie wydawał mi się zbyt umowny, lecz ogólnie rzecz biorąc to - wbrew nijakiej okładce - rysownik wykonał bardzo porządną robotę. Niedziwne, że kilka lat później Moore zaproponował mu współpracę przy kontynuacji "The Courtyard". Problem tkwi w fabule, a dokładniej - w jej charakterze. Historia sama w sobie jest całkiem dobra (średnio podobało mi się niezbyt oryginalne zakończenie), składająca się z kilku bardzo interesujących elementów (narkotyk produkowany w ludzkim mózgu, teoria anomalii), a opowiadana w sposób należycie dla horroru niepokojący i złowieszczy. Rzecz w tym, że Moore nie jest sobą, a próbuje być drugim Lovecraftem. Autor "V jak Vendetta" nie raz już udowadniał, że jest mistrzem stylizacji, tyle że mistrzostwo to było efektem tego, że kolejne wzorce filtrował przez własny styl. A tutaj po prostu imituje "Samotnika z Providence", autora tak samo specyficznego i osobnego. Takiego, którego udawać się nie da.
sobota, 29 grudnia 2012
Alan Moore o horrorze komiksowym
Wstępy do wydań zbiorczych kolejnych serii komiksowych rzadko kiedy są naprawdę godne uwagi. Zwykle do napisania ich zapraszane są osoby trzecie, twórcy niemający wiele wspólnego z tytułem, na temat którego się wypowiadają. Teoretycznie fajna to forma promocji, ale w większości znanych mi wypadków są to niezbyt szczerze brzmiące peany, nic więcej. Takie branżowe klepanie się po plecach. Niektórzy jednak należycie starają się i faktycznie mają coś ciekawego do powiedzenia. Niektórzy też piszą o własnych dziełach, co zdaje się z miejsca wykluczać patetycznie pochwalny charakter tekstu. Jeśli połączyć jedno z drugim, to, teoretycznie, otrzymujemy wstęp, obok którego ciężko przejść obojętnie. Tak właśnie jest w wypadku eseju, który Alan Moore spłodził do pierwszego wydania zbiorczego swojej mistrzowskiej serii Saga o Potworze z Bagien, którą przyszło mu tworzyć w latach 1983-1987 (a o której więcej pisałem w tym oto miejscu). To niezwykle interesujący dowód na jego wiedzę, inteligencję oraz dystans do tworów własnej wyobraźni. Tekst, który zdaje się być dużo bardziej zachęcający do kupna komiksu, niż niejedna jego ultra-entuzjastyczna recenzja. Przekonajcie się.
Etykiety:
Alan Moore,
cytat,
komiks
niedziela, 15 lipca 2012
Batman: Zabójczy żart
Jeszcze 11 dni do premiery "Mroczny Rycerz powstaje". Poniżej recenzja opublikowana pierwotnie na łamach zaprzyjaźnionego bloga Kopiec Kreta.
Bóstwo tu i ówdzie znane jako Alan Moore nie lubi Zabójczego żartu. Jego zaskakująco surową ocenę zrozumieć można chyba tylko wtedy, jeśli na komiks ten spojrzeć pod kątem prezentowanego w nim rzemiosła autora. W porównaniu do pozostałych spośród najważniejszych dzieł, jakie napisał w drugiej połowie lat 80., słynna opowieść o Jokerze jawi się bowiem jako pozycja cokolwiek skromna. Nie ma tu innowacyjnych eksperymentów narracyjnych czy błyskotliwych dialogów znanych choćby ze stron genialnych Strażników. Jest tylko podyktowana prosto opowiedzianą fabułą wiwisekcja zła oraz dekonstrukcja najbardziej znanego szaleńca ze świata historii obrazkowych. „Tylko”.
Etykiety:
Alan Moore,
komiks
sobota, 14 kwietnia 2012
Kino vs. komiks
Ostatnimi laty filmowe adaptacje komiksów powstają częściej niż kiedykolwiek wcześniej w historii, ale wcale nie przysługują się jakiejś szczególnej popularyzacji medium przewrotnie nazywanego przez niektórych bękartem kultury. Stopniowo coraz więcej z tych filmów, także wśród tytułów stricte mainstreamowych, nazywać można nawet produkcjami udanymi - żeby tylko wymienić zaskakująco poważne (i nie popadające przy tym w śmieszność) X-Men: Pierwsza klasa czy radośnie pulpowego Captain America: Pierwsze starcie - ale w wypadku większości odbiorców w żaden sposób nie zmienia to stereotypowego postrzegania komiksu.
Do lektury całego tekstu zapraszam na Stopklatkę.
Etykiety:
Alan Moore,
David Cronenberg,
komiks
czwartek, 12 kwietnia 2012
Batman: Zabójczy żart
Bóstwo znane tu i ówdzie jako Alan Moore nie lubi Zabójczego żartu. Jego zaskakująco surową ocenę zrozumieć można chyba tylko wtedy, jeśli na komiks ten spojrzeć pod kątem prezentowanego w nim rzemiosła autora. W porównaniu do pozostałych spośród najważniejszych dzieł, jakie napisał w drugiej połowie lat 80., słynna opowieść o Jokerze jawi się bowiem jako pozycja cokolwiek skromna. Nie ma tu innowacyjnych eksperymentów narracyjnych czy błyskotliwych dialogów znanych choćby ze stron genialnych Strażników. Jest tylko podyktowana prosto opowiedzianą fabułą wiwisekcja zła oraz dekonstrukcja najbardziej znanego szaleńca ze świata historii obrazkowych. "Tylko".
Do lektury całego tekstu zapraszam na Kopiec Kreta.
Etykiety:
Alan Moore,
komiks
środa, 25 stycznia 2012
Magia komiksowego horroru
Swamp Thing, w Polsce nazwany Potworem z Bagien, to dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych* postaci komiksu amerykańskiego. Wymyślona została przez Lena Weina i Berniego Wrightsona w 1972 roku, lecz na prawdziwą popularność przyszło jej poczekać jeszcze kilka długich lat. Jak można przeczytać w wielu różnych tekstach, seria opowiadająca o przygodach bagiennego monstrum początkowo stanowiła niekoniecznie udaną mieszankę komiksu superbohaterskiego i horroru.
Fabularną podstawę stanowiły wówczas klisze znane z dziesiątek kolorowych zeszytów traktujących o posiadaczach nadludzkich mocy. A więc bardzo sympatyczny, jednoznacznie pozytywny bohater, który wskutek tragicznego wypadku przeobraża się w supersilną istotę (jak to ujął Alan Moore, „na wpół humanoidalną, na wpół roślinną postać pokrytą mchem i wodorostami”), której prędko przyjdzie zmierzyć się z kolejnymi upiornymi złoczyńcami. Aby, oczywiście, ratować ludzkość przed nie lada niebezpieczeństwami.
Do lektury całego tekstu zapraszam na E-Splot. Gwoli ścisłości jest to przeredagowana wersja tej recenzji.
* W sensie najbardziej charakterystycznych...
Etykiety:
Alan Moore,
komiks,
Swamp Thing
Subskrybuj:
Posty (Atom)




