Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małe kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małe kino. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 czerwca 2013

Wojciech Wiszniewski i demitologizacja człowieka pracy

Niniejszy tekst napisany został ponad półtorej roku temu, ale z różnych powodów ciągle leżał w "szufladzie". Jest to próba analizy twórczości wybitnego dokumentalisty. Ewentualnych czytelników zainteresowanych jego postacią, lecz niezainteresowanych tego typu tekstami, odsyłam do (krótszego i przystępniejszego) eseju  "Wojciech Wiszniewski - zapomniany geniusz".



W latach 1967-1978 Wojciech Wiszniewski nakręcił 12 filmów, głównie dokumentalnych, z czego aż 9 zostało zatrzymanych przez cenzurę. Władze postrzegały go jako artystę niebezpiecznego, gdyż specjalizował w kontrastowaniu obrazów szarej codzienności ze wzorcami wyniesionymi z realizmu socjalistycznego. Wszak doprowadzał tym do dysonansu obnażającego fałsz narzucanej obywatelom ideologii. Szczególnie upodobał sobie demaskację mitu człowieka pracy, jednakże w swoich utworach nie ograniczał się tylko do krytyki. Bo ta, jeśli pozbawiona byłaby przeciwwagi, sama stanowiłaby dla artysty ograniczenie. Jak uważał, "jedyna droga rozwoju to kino naprawdę polemiczne, sugestywnie realizowane w formie kreacyjnej posiłkującej się symbolem, metaforą, alegorią. Dzieło dążące do syntetycznego, a więc dialektycznego oglądu świata" [1]. Stąd, choć skupiał się na ukazaniu negatywnego wpływu idei na jednostkę, stale dążył do dialogu z widzem. Starając się przedstawiać wszystkie możliwe „za” i „przeciw” tworzył filmy utkane ze sprzeczności.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Małe kino #17: Człowiek o pięknych oczach (reż. Jonathan Hodgson, 1999)

Charles Bukowski, pisarz i poeta, którego twórczość zwykło się wrzucać do szufladki z napisem "brzydkie, brudne i paskudne", obchodziłby dziś 92 urodziny. Powyżej znakomita adaptacja jego wiersza, melancholijnej pochwały nonkonformizmu (?) dowodzącej, iż nie w rzucaniu "kurwami" tkwiła siła jego twórczości. Nie, żebym ją dobrze znał, wprost przeciwnie - braki mam ogromne, ale nie mam wątpliwości, iż zmarły w 1994 roku artysta byłby z animacji Hodgsona dumny. A tutaj strona filmowca, gdzie można obejrzeć także pozostałe jego twory (wśród których jeszcze jeden posiłkujący się Bukowskim, acz już w stopniu znacznie mniejszym).

środa, 1 sierpnia 2012

Małe kino #16: Filar (reż. Chris Marker, 1962)



2 dni temu zmarł Chris Marker, awangardowy filmowiec, którego specyficzny styl zwykło nazywać się eseistycznym. Mocno lewicujący entuzjasta Fidela Castro i wojujący antykapitalista, blisko związany był z francuską nową falą, przyjaźnił się m.in. z Agnes Vardą, Alainem Resnaisem (któremu asystował podczas realizacji wybitnego dokumentu Noc i mgła w 1955 roku) czy - z nieco innej beczki - Walerianem Borowczykiem (z którym w 1959 roku wspólnie wyreżyserował głośną animację Astronauci). Szczególnie interesowała go sztuka dokumentalizmu, jednak jego najbardziej znanym filmem do dziś pozostaje Filar, eksperymentalny dramat science fiction na temat zagłady świata i podróży w czasie.

Filar to obraz niezwykły, surowy i liryczny zarazem, u swoich podstaw mający niezbyt filmowy bezruch - to jedna wielka galeria fotograficzna, podporządkowana narracji pozakadrowej. Film swoje drugie życie zyskał po latach za sprawą słynnych 12 małp Terry'ego Gilliama. W napisach początkowych pojawia się tam bowiem informacja, iż dzieło Markera stanowiło dlań główną inspirację. Osobiście uważam, iż "inspiracja" to zdecydowanie za mało powiedziane - 12 małp przypomina raczej remake francuskiego klasyka.

PS. Nie tylko Giliam posiłkował się obrazem Markera. Wśród czerpiących zeń artystów znalazł się też choćby wspomniany wyżej Resnais, który w 1968 roku zrealizował znakomite Kocham Cię, kocham Cię, eksperymentalny (melo)dramat science fiction na temat zagłady świata i podróży w czasie.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Małe kino #15: Ze snu sen (reż. Adam Kuczyński, 1998)



Tydzień temu Wojciech Jerzy Has obchodziłby swoje 87 urodziny, co wydaje mi się całkiem dobrym powodem, aby wrzucić tu hołdujący jego twórczości film Kuczyńskiego. Ze snu sen to przykład bardzo ciekawego dokumentu kreacyjnego - jego trzon stanowią bowiem fragmenty wybranych utworów krakowskiego mistrza oraz naśladujące (a w pewnym sensie kontynuujące) je sceny napisane przez Kuczyńskiego wespół z samą Marią Kornatowską. Has pojawia się tu jako "wielki nieobecny", którego postaci żyją własnym życiem, głównym bohaterem jest być może jednak coś innego... Rzecz zgrabnie nakręcona i zmontowana, dobrze oddaje charakter hasowskiego kina i, jak mi się wydaje, skutecznie zachęca do zapoznania się z nim. Dziwię się trochę tylko, że zabrakło miejsca na zegar wprawiany w ruch magicznym wierszem z depresyjnego Wspólnego pokoju (1959) czy na surrealistyczne sceny mieszające czas przeszły, teraźniejszy i przyszły (sic!) z niedocenianych Szyfrów (1966). Nieco boli też, że ogólnie tak niewiele filmów zostało tu zaprezentowanych, ale to już czysto subiektywne odczucie, bo wcale to dokumentowi nie umniejsza.

PS. Dzisiejszy odcinek sponsoruje Krzysztof Ryszard Wojciechowski.

czwartek, 15 marca 2012

Małe kino #14: Każdy wie kto za kim stoi (reż. Maria Zmarz-Koczanowicz, 1983)



Jeden z najlepszych znanych mi dokumentów artystycznych. Gigantyczna "peerelowska" kolejka do sklepu, sama w sobie całkiem absurdalna, została za pomocą odpowiedniego doboru ujęć oraz montażu dźwięku tak przejaskrawiona, iż niby zwykła obserwacja przeobraża się w iście surrealistyczną satyrę. Rzecz bardzo prosta, ale też bardzo przemyślana, oparta na zbliżonej do filmów fabularnych konstrukcji scenariuszowej oraz precyzyjnej reżyserii. Bardzo komiczne (powiedzmy), choć sama puenta to już jeden wielki dół. Na nieszczęście dla mojego gustu w kolejnych filmach pani Zmarz-Koczanowicz znacznie zredukowała ilość rozwiązań kreacyjnych, a z czasem zaczęła realizować dosyć standardowe dokumenty. A przynajmniej tak mi pamięć podpowiada.

sobota, 18 lutego 2012

Małe kino #13: Shhh! (reż. Robert Næss, 2011)



Miniaturowa wykładnia egzystencjalizmu. Wierna ekranizacja jednej z kilkunastu nowel tworzących komiks wydany w Polsce pod tytułem Pssst!, autorstwa norweskiego mistrza minimalizmu podpisującego się jako Jason. Można by narzekać, że reżyser psuje materiał zbędną muzyką czy okazjonalnymi nazbyt efektownymi zagrywkami - bo najmocniejszą stroną komiksu była surowość - ale z drugiej strony to jego własna interpretacja, a co najważniejsze, obyło się bez jakiejkolwiek trywializacji. Myślę, że wyszła z tego całkiem niezła rzecz, acz ciężko mi ją jednoznacznie ocenić i tylko silę się na ten mityczny obiektywizm. Niemniej jednak te 10 minut seansu z pewnością nie będzie czasem straconym.

W ciągu ostatnich miesięcy miałem okazję zrecenzować kilka komiksów Jasona - Gang Hemingwaya, Werewolves of Montpellier i Why Are you Doing This?. Jakby kto pytał. Obecnie trwają wstępne prace nad ekranizacją/adaptacją kolejnego jego dzieła, Skasowałem Adolfa Hitlera.

niedziela, 12 lutego 2012

Małe kino #12: Odkryta (reż. Borys Lankosz, 2010)



Krótka forma reklamowa wykonana przez autora Rewersu, jednego z najlepszych polskich filmów ostatnich lat. Rzecz nie tyle enigmatyczna, co wręcz afabularna. Konwencja neo-noir (jedno ujęcie jak żywcem wyjęte z Sin City), nastrój usytuowany gdzieś między twórczością Davida Lyncha a Guya Maddina. Powiedzmy. Tradycyjnie pięknie sfotografowane, tym razem przez Bartka Cierlicę. Ciężko całość ocenić, ot taka ciekawostka. Aczkolwiek sympatyczna. Niecierpliwie czekam na drugi film kinowy Lankosza, niestety dawno już żadna wiadomość nie wypłynęła na ten temat. Chyba. Miała być Fabryka muchołapek, potem jednak jakiś kryminał, a teraz cisza. Może ktoś wie coś więcej?

niedziela, 15 stycznia 2012

Małe kino #11: Dennis (reż. Mads Matthiesen, 2007)



Dennis opiera się na specyficznym paradoksie - z jednej strony jest niby typową opowieścią o samotnym introwertyku, z drugiej jednak wywraca ten rodzaj fabuły do góry nogami. Wszystko za sprawą kapitalnego w swej prostocie pomysłu, aby niemal 40-letniego mężczyznę mieszkającego z apodyktyczną matką uczynić kulturystą. Tytułowy bohater posturą przypomina więc Arnolda Schwarzeneggera z czasów Conana barbarzyńcy, co odpowiednio wpływa na rozwój i charakter kolejnych scen. Poznajemy go, gdy postanawia odmienić swój nieco smutny los i umawia się z pewną dziewczyną na randkę. Niestety, pomysł ten nie podoba się jego mamie...

Wbrew pozorom, duński twórca opowiada o życiu Dennisa ze śmiertelną powagą. Surowo, oszczędnie i realistycznie. Swój talent udowadnia pewną reżyserską dyscypliną (bez niej łatwo byłoby o zwykłą farsę, którą zresztą film początkowo zdaje się być) oraz inteligentną zabawą kontekstem (to, co komiczne, staje się smutne, a sam muzyczny leitmotiv za każdym razem wywołuje inne emocje, co przywodzi na myśl słynny niegdyś eksperyment Lwa Kuleszowa). Film nie byłby jednak udany, gdyby nie odpowiednie aktorstwo. Kim Kold w roli tytułowej jest tak przekonujący, jakby opowieść o Dennisie była opowieścią o nim, i jakby nie zdawał sobie sprawy z ciągłego towarzystwa kamery. Samych zdjęć niestety nie można już tak pochwalić - w niektórych miejscach sprawiają wrażenie, jakby operator był podczas realizacji na nie lada kacu. Ale mniejsza z tym.

Jest to piąta krótkometrażówka w dorobku Madsa Matthiesena, a jedna z trzech, które dostrzeżone zostały na zagranicznych festiwalach filmowych, z Sundance na czele. Kilka miesięcy temu reżyser zakończył realizację pełnometrażowej wersji Dennisa, zatytułowaną Teddy Bear. Film zakwalifikował się do konkursu tegorocznego Sundance, a jego duńska premiera kinowa odbędzie się 26 stycznia. Kibicuję.

poniedziałek, 24 października 2011

wtorek, 18 października 2011

Małe kino #9: Sztygar na zagrodzie (reż. Wojciech Wiszniewski, 1978)





Arcydzieło dokumentu kreacyjnego. Dosyć złowieszcza quasi-satyra społeczna i swego rodzaju pastisz kina socrealistycznego. Moim skromnym niesłusznie pozostaje w cieniu poprzednich filmów Wiszniewskiego - jak dla mnie Sztygar... jest tak samo dobry jak słynny Elementarz, a lepszy od wszystkich pozostałych. Nie umniejszając ogromnej wartości większości z nich.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Małe kino #8: Over the Rainbow (reż. Alexandre Aja, 1997)



Debiutancki krótki metraż francuskiego specjalisty od straszenia. Upiorna, ale też urocza czarna komedia. Z jednej strony widać w niej inspiracje dokonaniami innych filmowców (tj. Jean-Pierre Jeunet i Marc Caro), z drugiej też zalążki stylu Alexandre'a (umowność, gęsta atmosfera, opowiadanie niemal samymi obrazami, zabawa narracją). Zrealizował ją mając ledwie 18 lat, ale wypadałoby pewnie zaznaczyć, że jako syn całkiem znanego we Francji reżysera, miał znacznie ułatwiony start do filmowej kariery. Nie mniej jednak jego talent widać gołym okiem. Chyba najlepszym tego potwierdzeniem jest fakt, że Over the Rainbow otrzymało nominację do Złotej Palmy.

Winę za wrzucenie tu tego filmiku ponosi Arek Sz, który mnie z nim kiedyś zapoznał.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Małe kino #7: The Heart of the World (reż. Guy Maddin, 2000)



Kanadyjczyk Guy Maddin może nie jest jednym z najlepszych współczesnych reżyserów, ale na pewno jednym z najoryginalniejszych. Sztuką filmową zainteresował się bardzo późno, bo dopiero w wieku ok. 30 lat, kiedy to odkrył kino nieme. Z miejsca zakochał się w nim po uszy i natychmiast zapragnął zostać filmowcem. Filmowcem o tyle nietypowym, że w polu jego zainteresowań leży wyłącznie ciągłe reinterpretowanie tylko tej pierwszej epoki kina (z rzadka kieruje się w stronę pierwszych lat filmu dźwiękowego). Wbrew pozorom nie skazuje się tym samym na jakiekolwiek ograniczenia - śmiało łączy ze sobą przeróżne, teoretycznie niepasujące do siebie elementy. Nie zawsze efektem tego są obrazy udane, ale stale udowadnia, że przy odpowiednio bujnej wyobraźni w kinie można zrobić wszystko. Jego najbardziej charakterystyczną cechą jest wprawdzie przerost formy nad treścią, a niekiedy w oczy rzucają się spore braki warsztatowe (głównie od strony scenariopisarskiej), ale jego twórczość ma w sobie sporo uroku. Przeważnie.

The Heart of the World to moim zdaniem jeden z jego najlepszych filmów, a na pewno najlepszy z tych krótkometrażowych. Autor, posiłkując się dokonaniami Radzieckiej Szkoły Montażowej oraz niemieckich ekspresjonistów, stworzył opowieść nieszablonową, niezwykle dynamiczną i orzeźwiającą. Ale przede wszystkim w wielu miejscach wygląda to jak filmik powstały gdzieś w połowie lat 20. ubiegłego wieku, który przypadkiem ktoś niedawno odnalazł i po prostu przemontował. Przebija z niego ogromny entuzjazm i miłość do X Muzy. Aż chce się samemu złapać za kamerę i kręcić, kręcić, kręcić.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Małe kino #6: Próba mikrofonu (reż. Marcel Łoziński, 1980)



"(...) W sytuację, jak z socrealistycznego produkcyjniaka, Łoziński wpisał refleksję o sobie, swoim medium, o zawodzie dokumentalisty i o doświadczeniu lat 70. Filmowcom mogło się wydawać, że swoimi filmami wpływają na świadomość zarówno robotników, jak rządzących. Czy było to myślenie naiwne? Wydawałoby się, że tak, ale życie dopisało Próbie mikrofonu ciekawy epilog. Jego bohater (...) został wyrzucony z pracy. Jednocześnie Łoziński został usunięty z wytwórni - co prawda na krótko, bo powstała Solidarność. Bohater filmu trafił wtedy do polskiego radia, rzucił legitymację partyjną, w stanie wojennym był internowany. 'Film odmienił jego życie' - opowiada z satysfakcją Łoziński."

Tadeusz Sobolewski, z książeczki dołączonej do kolekcji filmów Łozińskiego wydanej w serii Polska Szkoła Dokumentu. Za niespełna 37 zł kupić ją można na przykład tutaj. Bardzo polecam.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Małe kino #5: W szponach sexu (reż. Julian Józef Antonisz, 1969)



O czym się już dziś chyba za bardzo nie pamięta, przez wiele lat drugiej połowy XX wieku Polska była ceniona w Europie jako kraj, z którego pochodziło wielu uzdolnionych twórców filmu animowanego, szczególnie jego awangardowej odmiany. Jednym z czołowych przedstawicieli tzw. Polskiej Szkoły Animacji był właśnie Antonisz (a tak naprawdę Antoniszczak). Wprawdzie nigdy nie odniósł takiego międzynarodowego sukcesu jak Walerian Borowczyk czy Zbigniew Rybczyński, ale po dziś dzień pozostaje jednym z najciekawszych rodzimych artystów w tej dziedzinie kina. A tak osobiście, to mój absolutny numer 1*.

Zasłynął przede wszystkim jako twórca filmów non-camera, czyli obrazów tworzonych bezpośrednio na taśmie filmowej, bez użycia kamery. Ale zanim do tego doszło, miał już na koncie trochę udanych rzeczy (dziś najbardziej kojarzony jest ze wspaniałym Jak działa jamniczek). I właśnie z tego pierwszego okresu twórczości pochodzi satyryczna komedia W szponach sexu, będąca dziwaczną mieszanką filmu aktorskiego i animacji. Urocza, zabawna, szalona, przede wszystkim jednak całkowicie "życiowa". Prędzej czy później na pewno jeszcze jakieś jego dzieło się tutaj pojawi. A póki co: smacznego.

* Nie żebym znał wszystkich.

czwartek, 2 czerwca 2011

Małe kino #4: Drżące Trąby (reż. Natalia Brożyńska, 2010)



To tak z okazji wczorajszego Dnia Dziecka. Niecałe 4 minuty animacji autorstwa młodziutkiej studentki łódzkiej filmówki. Filmik robi ostatnio oszałamiającą karierę na YouTube (i nie tylko), co wcale nie dziwi, bo taaaki dobry jest. A tutaj krótki wywiad z autorką, który jest chyba najlepszym dowodem na to, że w sztuce najważniejsza jest intuicja... Niecierpliwie czekam na kolejne porcje szalonych pomysłów Brożyńskiej. Oby było ich jak najwięcej.

PS: Etiuda poznana dzięki Górnej Półce.

niedziela, 22 maja 2011

Małe kino #3: Ślad (reż. Wojciech Wiszniewski, 1969)



Wiszniewski to jeden z najoryginalniejszych i najbardziej utalentowanych reżyserów i scenarzystów w historii polskiego kina. Najprawdopodobniej dziś nie byłby osobowością tak zapomnianą, gdyby nie śmierć w wieku zaledwie 35 lat, tuż przed realizacją debiutanckiego filmu pełnometrażowego. I gdyby nie to, że prawie wszystkie jego krótkie metraże na starcie odkładane były przez PRLowską cenzurę na półkę, przez co nigdy nie udało im się spotkać z szerszą publicznością.

Jak na artystę z krwi i kości przystało, przez jednych nazywany był geniuszem, a przez innych zwykłym szaleńcem. Zalicza się go do twórców dokumentu kreacyjnego, w rzeczywistości ciężko jednak o jednoznaczną szufladkę. Jak to napisano tuż po jego śmierci w 1981 roku w Gazecie Wyborczej: "Mieszał wszystkie możliwe gatunki: na materii dokumentu wyżywał swój talent reżysera fabularnego, twórcy groteski, bardzo realistycznie nastawionego surrealisty, podszytego żółcią kpiarza, czasami błazna, który błaznuje i przedrzeźnia po to, żebyśmy przejrzeli. (...)"

Ślad to jego drugi obraz, etiuda studencka zrealizowana, gdy miał zaledwie 23 lata. Wiszniewski słynął z tego, iż dokumenty tworzył tak, iż wyglądały jak filmy fabularne, ale zdarzało mu się też robić zupełnie na odwrót, czego Ślad jest właśnie dobrym przykładem. Nie tak awangardowy, ani też nie tak dobry, jak późniejsze obrazy (z kultowym w pewnych kręgach Elementarzem na czele), jest jednak wzorcowym przykładem opowiadania historii samymi obrazami i dźwiękami. Mit człowieka pracy rozłożony na łopatki.

PS: Na YouTube obejrzeć można prawie wszystkie jego filmiki.

sobota, 19 marca 2011

Małe kino #2: A Love Story (reż. Spencer Susser, 2005)



Coś, co nazwałbym czarną komedią romantyczną. Jednominutowy filmik, który mógłby służyć za podręcznik scenariopisarstwa. W pewnym sensie. Banalnie proste, ale diabeł tkwi w szczegółach.

Autor filmu spłodził później wraz z Davidem Michodem, twórcą głośnego Królestwa zwierząt, znany i ceniony tu i ówdzie szort pt. I Love Sarah Jane, postapokaliptyczną komedię romantyczną z zombie w tle (sic!). A niedawno popełnił wreszcie debiut pełnometrażowy Hesher, którym narobił sporo szumu na zeszłorocznym Sundance, a który premierę kinową będzie mieć gdzieś w kwietniu.

Susser jest, wraz ze wspomnianym Michodem, członkiem grupy Blue-Tongue Films. Ich twórczość, to jeden z najlepszych dowodów na to, jak dobre jest współczesne kino australijskie.

środa, 29 grudnia 2010

Małe kino #1: Kostka cukru (reż. Jacek Bławut, 1987)



To najlepszy film krótkometrażowy, jaki miałem okazję poznać w 2010 roku. Piękny i straszny zarazem. Enjoy.

PS: Film wywołał swego czasu burzę, ale i tak nic nie zdziałał.