niedziela, 5 czerwca 2011

The Corner (reż. Charles S. Dutton, 2000)


Ex-dziennikarz śledczy David Simon oraz z ex-detektyw baltimorskiego wydziału zabójstw Ed Burns spędzili rok czasu w murzyńskim getcie dokładnie poznając jego społeczność oraz rządzące nim reguły narkotykowej wojny. Skupili się na pewnej dysfunkcyjnej prawie-rodzinie. Jej głową był Gary, dojrzały mężczyzna od lat uzależniony od heroiny i mieszkający w piwnicy swoich rodziców. Jego żoną była Fran, równie uzależniona matka dwójki synów, mieszkająca wraz z nimi oraz grupką zaprzyjaźnionych narkomanów w zdezelowanym mieszkaniu. Młodszy z synów całe dni spędzał tylko przed telewizorem. Starszy całe dni spędzał na winklu trudniąc się pracą narkotykowego handlarza. Owocem obserwacji Simona i Burnsa była powieść reportażowa pt. The Corner: A Year in the Life of an Inner-City Neighborhood. 6 lat później dołączył do nich scenarzysta i producent David Mills i wspólnie stworzyli jej ekranizację w formie sześciogodzinnego mini-serialu zrealizowanego dla stacji HBO.

Całość wyreżyserował Charles S. Dutton, znany głównie jako filmowy aktor. Ale przede wszystkim jest to człowiek, który wychowywał się w miejscu, o którego mieszkańcach serial opowiada, co było dla producentów ważniejsze od jego niewielkiego dorobku reżyserskiego. Tzw. odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu. Ramę każdego odcinka tworzą sceny utrzymane w konwencji paradokumentu. Najważniejszymi postaciami jest trójka ze wspomnianej wyżej czwórki (młodszy syn pojawia się jedynie w tle). Każda z nich jest na zmianę głównym bohaterem danego odcinka. Od improwizowanej rozmowy reżysera z którąś z nich zaczyna się każdy epizod. Kończy zaś krótkim wywiadem z którąś z postaci drugoplanowych - tych zresztą pojawia się stopniowo coraz więcej i dla widzów stają się coraz wyraźniejsze, spychając z czasem w dal głównych bohaterów. Tematem jest oczywiście codzienność jednostek, których życie nierozerwalnie związane jest z narkomanią. Brzydcy ludzie wypełniający brzydkie ulice, wraki rozpadające się na naszych oczach. Patologia za patologią. No prawie. Całość zrobiona bardzo surowo - dominuje kamera z ręki, nawał bardzo realistycznych dialogów (slang nie mający wiele wspólnego z poprawną gramatyką języka angielskiego), niewiele humoru, akcji czy tzw. przebojowości. The Corner jest tym samym ciężkostrawne, wręcz przytłaczające. Jest jednak coś, co sprawia, że chce się poświęcić mu jeszcze trochę czasu. Coś, co pstryka widza w nos i mówi: "hola, hola, to wcale nie jest jednowymiarowe, jakim Ci się pewnie wydaje". Tym czymś jest coraz jaśniej świecące światełko w tunelu.


Sprawdzają się podstawy dramaturgii. Nie musimy bohaterów lubić, aby im współczuć. A gdy np. Gary, po kolejnych żałosnych próbach uzbierania kwoty na wiadomy cel, otrzymuje od matki pieniądze na produkty spożywcze i ich zakupu udaje mu się dokonać, pojawia się już jakaś sympatia. Mamy więc wreszcie podstawy do kibicowania bohaterom. Musi tylko jeszcze wyklarować się jasny cel: próba wyjścia z nałogu/próba ułożenia sobie życia poprzez normalną, regularną pracę, a nie uliczny gangsteryzm. Walka o przetrwanie bohaterów przypomina syzyfowe prace, te spod znaku interpretacji Alberta Camusa. Tyle, że w wypadku bohaterów The Corner oczywiście nie sama świadomość buntu będzie zwycięstwem. Zwłaszcza, że równie ważne jest poczucie wiecznej przegranej. Ale gdzieś od trzeciego lub czwartego odcinka tak samo istotne, jak negatywne odczucia, stają się dla odbiorcy te pozytywne. Bo światełko w tunelu jest coraz jaśniejsze. Kibicujemy bohaterom, znamy ich już dobrze i lubimy, a ich perypetie nie są naznaczone wyłącznie pesymizmem. Ale światełko czasem wręcz oślepia, a to już niczym dobrym nie jest. Cieszyłem się za każdym razem, gdy któraś z postaci chociaż spróbowała zerwać z nałogiem. Ba! gdy chociaż o tym pomyślała. Ta produkcja, to bardzo przekonujący dowód na to, jak twardy trzeba mieć charakter, aby na stałe pożegnać środki odurzające. Mission Impossible, chciałoby się powiedzieć. I choć żadna z postaci nie przypomina Toma Cruise'a, zrealizowanie celu jest dla nich tak samo prawdopodobne, jak dla niego. Tyle, że nigdy nie wiemy, kiedy dana postać się potknie, bo ich losom daleko do filmowych schematów. A przeszkód po drodze bardzo dużo. I jak na twór, który zgrabnie imituje prawdziwe życie - przegranych w batalii o lepsze jutro jest cała masa. Serial spełnia tym samym swoją rolę, ale jego dydaktyzm nie jest nachalny. Początkowo tylko uderza pewna groteska. Odnosiłem wrażenie, że twórcy starają się szokować na siłę. Ale o tej swego rodzaju jednowymiarowości już pisałem - po czasie mija, a The Corner staje się złożonym psychologicznie portretem zbiorowym. Uderza szczególnie w ostatnim, szóstym odcinku, na którego zakończenie reżyser zaprasza na rozmowę już nie aktorów, lecz autentycznych bohaterów przedstawionych wydarzeń. Tych, którzy przeżyli.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

anonimie, podpisz się