poniedziałek, 2 stycznia 2012

2011

 
Jak dla mnie ostatni rok był dobry, ale poprzednie były lepsze. Części zachwytów nie rozumiem, żeby tylko wymienić pretensjonalne Drzewo życia, bardzo niedopracowanego Chłopca na rowerze czy Melancholię (choć to i tak, moim skromnym, jeden z nielicznych udanych filmów duńskiego kabotyna). Inna sprawa, że kilku tak zwanych ważnych tytułów jeszcze nie miałem okazji obejrzeć, jak choćby Szpiega, Niebezpiecznej metody czy Wujka Boonmee...

Poniżej wrzucam swój czysto subiektywny ranking 10. najlepszych tytułów, które miały w zeszłym roku premiery (i polskie i światowe). Ranking ten znajduje się od kilku dni na Stopklatce, wraz z zestawieniami pozostałych (współ)pracowników tejże redakcji. Z tym że tam znalazła się moja opinia tylko o jednym filmie, tutaj umieszczam o wszystkich (+ coś jeszcze). Gwoli ścisłości nie jest dla mnie istotna kolejność danych tytułów. No za wyjątkiem tego numer 1. A gdybym brał pod uwagę seriale inne, niż tylko te, które dopiero w 2011 rozpoczęły swoje telewizyjne żywota, to być może zdominowałyby ranking.

Strefa X (reż. Gareth Edwards)
Przy okazji swojej światowej premiery kinowej pełnometrażowy debiut Edwardsa reklamowany był jako science fiction w stylu Dystrykt 9 czy Project: Monster, a tymczasem okazał się być spokojnym filmem drogi przeobrażającym się w melodramat. Za wyjątkiem bardzo inteligentnego potraktowania gatunkowych reguł opowiadana w nim historia nie należy do najoryginalniejszych, ale też wcale nie musi. To romantyzm pełną gębą, ale romantyzm szczery, bezpretensjonalny, bardzo ładnie "opowiedziany". Przede wszystkim zaś Edwards przypomina, że w kinie najważniejsza jest kreatywność twórcy, a nie środki, jakimi dysponuje.

Bombay Beach (reż. Alma Har'el)
Dokument, w którym surowe rejestracje szarej rzeczywistości uzupełniane są pomysłowymi rozwiązaniami wyniesionymi z poetyki oniryzmu. Tak upraszczając. Reżyserka dokładnie portretuje pewne bardzo ubogie, zapomniane przez świat amerykańskie miasteczko, którego mieszkańcami zdają się być same społeczne wyrzutki. Choć nie brakuje patologii, Har'el oddaje swoim bohaterom sprawiedliwość, ukazując tak minusy, jak i plusy ich życia i postępowania. Tworzy portret wielowymiarowy, a przy okazji też bardzo ciekawą wariację na temat american dream. Sięga po swego rodzaju poezję, dumnie pielęgnuje "mit" outsidera. Szanuje i kocha obserwowane przez siebie postaci, czym zaraża też i widza.

Geneza planety małp (reż. Rupert Wyatt)
Jeden z najinteligentniejszych blockbusterów ostatnich lat, przywracający wiarę we współczesne kino mainstreamowe. Oczywiście nie on jeden, ale mniejsza z tym. Zwierzęta zwykle traktowane są w filmach przedmiotowo, służą do rozbawiania, straszenia lub szantażowania widza emocjonalnie. Tutaj, niczym w niezapomnianej Orce - wielorybie zabójcy, potraktowane zostały jak ludzie z krwi i kości. Zaskakująca lekcja empatii. Przeciwieństwo hollywoodzkiego "ogłupiacza". Po prostu.



Jaskinia zapomnianych snów (reż. Werner Herzog)
Herzog ciągle idzie z duchem czasu. Najpierw kręci nietypowy dla siebie remake Złego porucznika, "modnie" przedrzeźniając gatunkowe wzorce, a nawet drwiąc sobie z mistrzowskiego pierwowzoru Abla Ferrary, zaś teraz śmiało dowodzi, iż technologia 3D najlepiej sprawdza się nie w kinie fabularnym, lecz w kinie dokumentalnym. Zabiera widza w podróż do jaskini Chauveta, gdzie odkryto naskalne malowidła i ryty stworzone przez człowieka ok. 30 tysięcy lat temu. Rozprawa na temat pierwszych w historii artystów i ich (czasem zaskakująco udanych) dzieł stanowi dla Herzoga doskonały pretekst do rozważań nad aktem tworzenia i ludzką naturą. Ale najważniejszy zdaje się być efekt 3D - zarejestrowane obrazy czyni on niemal namacalnymi, zaś widza dosłownie jednym z członków ekspedycji. Oto przyszłość sztuki dokumentalizmu.

Prawdziwe męstwo (reż. Joel Coen, Ethan Coen)
Braciszkowie znowu zaskakują. Kiedy wszyscy spodziewali się, że zmasakrują westernową klasykę, ci oddali jej możliwie największy hołd. Zamiast ponownie, po mistrzowskim To nie jest kraj dla starych ludzi, wkroczyć na teren Sama Peckinpaha, nie bez powodu nazywanego "Krwawym", opowiedzieli historię do bólu staroświecką, do tego wpisaną w bajkowy cudzysłów. Tym samym zrobili właściwie to samo, co rok wcześniej Martin Scorsese w Wyspie tajemnic - przypomnieli ile czaru i klasy miewało niegdyś kino hollywoodzkie. Odkurzyli zapomniane wzorce, dodali typową dla siebie ironię i symbolikę. Efekt końcowy - kolejne cacko na ich koncie.

To drugie słowo na "F" (reż. Andrea Blaugrund Nevins)
Opowieść o przejrzałych buntownikach. O muzykach, którzy namawiali publiczność do gardzenia autorytetami, aż nagle przyszło im stać się jednymi z nich. Okazuje się bowiem, że tak zwany rock'n'rollowy styl życia niekoniecznie pasuje do wychowywania dzieci i utrzymywania rodziny. Nie, jeśli dany artysta za swoje główne źródło utrzymania ma grę w punkrockowej kapeli. Reżyserka tworzy bardzo interesujący, słodko-gorzki portret amerykańskiej sceny niezależnej (i nie tylko), zapraszając do swojego dokumentu skrajnie różnych muzyków, a motywem przewodnim czyniąc nie tylko ojcowską miłość, ale też sentymentalne podróże w przeszłość. Dlaczego kiedyś tak bardzo chcieli się buntować? Ile zrobią, aby nie dać powodów do buntu własnym dzieciom? "Życie, życie jest nowelą" - mogliby teraz śpiewać.

Hesher (reż. Spencer Susser)
Australia to ostatnimi laty prawdziwa wylęgarnia filmowych talentów. Przoduje tam przede wszystkim grupa Blue-Tongue Films, rozsławiona niedawno dzięki Królestwu zwierząt. Zresztą właśnie reżyser wspomnianego tytułu, David Michod, jest jedną z dwóch osób odpowiedzialnych za scenariusz Heshera, niekonwencjonalnej, bardzo orzeźwiającej czarnej komedii opowiadającej o radzeniu sobie z utratą najbliższych. Śmiertelnie poważna tematyka potraktowana została zaskakująco lekko i prowokacyjnie. Owocem tego bardzo zdrowe filmidło, zasługujące też na uwagę ze względu na pomysłowe wykorzystanie elementów absurdu i groteski. Niestety mimo zachwytów krytyki na festiwalu Sundance, mimo gwiazdorskiej obsady (Joseph Gordon-Levitt, Natalie Portman), wreszcie mimo faktu, iż tytułowa postać otoczona została swoistym kultem wśród części fanów produkcji niezależnych, film przeszedł w kinach bez echa.

Rozstanie (reż. Asghar Farhadi)
Dramat o rozpadzie związku małżeńskiego i relacjach międzyludzkich Farhadi skonstruował na wzór thrillera i kryminału (!), choć do końca zgrabnie unika gatunkowego zaszufladkowania. Jego dzieło nie trzyma widza za gardło od samego początku - rozwija się bardzo leniwie - ale kiedy już łapie, to nie puszcza nawet po napisach końcowych. A wszystko za sprawą bardzo inteligentnej struktury scenariuszowej, precyzyjnej reżyserii, mistrzowskiego aktorstwa i niezwykle naturalnych dialogów. Bardzo imponujące filmidło.


Gra o tron (serial, różni reżyserzy)
Jeden z lepszych dowodów na to, że Dziesiąta Muza rozwijać się dziś może już nie w kinie, lecz w telewizji, która do zaoferowania ma nieograniczone możliwości narracyjne, co zdaje się być szczególnie przydatne ekranizacjom literatury (pod tym kątem jest to więc pozycja bezprecedensowa). Uogólniając, fani kolejnych powieści latami krzywili twarze na widok banalizujących/zbytnio upraszczających materiał wyjściowy filmów. Tymczasem Gra o tron okres ten kończy. A przynajmniej pokazuje, którędy należy iść. To rzecz bardzo przemyślana, dzięki podziałowi na wiele jednogodzinnych odcinków mogąca opowiedzieć teoretycznie nieskończoną ilość wątków. Dramaturgiczny majstersztyk przenoszący widza w alternatywną, niezwykle kuszącą wersję średniowiecznej Europy. Spektrum emocji gwarantowane.

Drive (reż. Nicolas Winding Refn)
Kino hollywoodzkie w wersji artystycznej. Refn od lat uprawie sztukę autorską w obrębie filmu gatunkowego, tak jak kiedyś robili to Jean-Pierre Melville czy wspomniany wcześniej Sam Peckinpah. I jest ich jak najbardziej godnym następcą. Drive to rzecz od strony gatunkowej zaskakująco (oraz imponująco) uniwersalna. Reżyser sięgnął po archetypy z baśni braci Grimm, ale równie dobrze do jego dzieła przyłożyć można wzorce z filmu noir, westernu czy kina samurajskiego. Z czym by go jednak nie porównywać, pozostaje dziełem odrębnym, jedynym w swoim rodzaju. Jest to też niezwykły przykład filmu, w którym ważniejszy od opowiadania jest sam sposób opowiadania, a przy tym o choćby minimalnym przerostem formy nad treścią mowy nie ma. Bo tutaj jedno jest drugim. Piękna rzecz.


Jeśli chodzi o rok 2012, to - oprócz kolejnego końca świata - najbardziej czekam na Różę Wojciecha Smarzowskiego. Jest jeszcze kilka tytułów, którym wstępnie kibicuję, od wojennego filmidła Agnieszki Holland po najnowszego Batmana, ale przy Róży żaden z nich nie jest dla mnie naprawdę istotny. Póki co.

A na deser wrzucam kilka najciekawszych jak dla mnie haseł, dzięki którym pewne podejrzanie zabłąkane duszyczki trafiły na mojego bloga. Szkoda, że dopiero gdzieś we wrześniu/październiku zacząłem je zapisywać, bo wcześniej zdarzały się równie mocne wejścia, ale już ich nie pamiętam.
  • seks z szatanem
  • strzela z sutków
  • defloracja
  • zmutowane owoce
  • blog hedonisty
 Przyznawać się - którzy to?

33 komentarze:

  1. trier jako kabotyn?! ;o oh c'mon!

    OdpowiedzUsuń
  2. "Zabiera widza w podróż do jaskini Chauveta, gdzie odkryto ścienne malowidła stworzone przez człowieka ok. 2 tysiące lat temu."?

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do "Melancholii" to się nie zgodzę(choć IMO Lars miał lepsze film). Cieszy mnie za to, że nie tylko ja uważam "Drzewo życia" za pretensjonalnego gniota. Do filmów roku dodałbym takie tytuły jak "Peryferie"(film z 2010, ale w Polsce do obejrzenia dopiero w 2011), "Debiutanici", "Poza Szatanem" i "Michael".

    OdpowiedzUsuń
  4. Miszka,
    Kino Triera to przede wszystkim emocjonalny szantaż, usilne szokowanie.

    Anonimie,
    Dzięki za czujność. Zdaje się, że pisząc o ludziach oryniackich myślałem o Chrystusie:) Już poprawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jan,
    Wbrew pozorom nie uważam "Drzewa życia" za gniota. Jak dla mnie to po prostu średniak. Chociaż nawet trochę bardziej na plus niż na minus, mimo tego całego nadęcia. To, co mi się w nim podoba, to pewna odwaga autora (chodzi mi o takie, a nie inne ujęcie tematu, śmiertelnie poważne, naiwne, ale szczere).
    Filmów, które wymieniasz niestety nie widziałem.
    A co być napisał o "Melancholii"?

    OdpowiedzUsuń
  6. "Jaskinia" Herzoga nie przypadła mi szczególnie do gustu. Choć szaleję za jego dokumentami, ten tylko na początku wyróżniał się oryginalnym podejściem do tematu i tym, że odkrycie naukowe może stać się pretekstem do artystyczno-filozoficznych rozważań. Po pół godzinie, w mojej ocenie, przerodził się w zwykły program popularno-naukowy, a tych tych oglądam ostatnio dużo, więc mam porównanie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Co do "Drzewa" to lubię ambitne porażki, ale ten film to było dla mnie największe pudło od czasu "Benjamina Buttona".

    "Melancholia" była nierówna. W pierwszej połowie Trier ciekawie rozegrał dramat z depresyjną panną młodą w roli głównej, w drugiej troszkę spuścił z tonu. Sam pomysł opowieści o prywatnym końcu świata ubrany w kostium niemal apokaliptycznego s-f uważam za ciekawy. Rozumiem zarzut o emocjonalny szantaż, ale ja te gierki lubię, a takie "Dogville" to jeden z moich filmów ostatnich n-lat(nawet zrobiłem sobie kinową powtórkę na NHu).

    Pozostałe filmy polecam. Zbieram się do tekstu o Dumondzie, ale jest dość mało materiałów w innych językach niż francuski, którego niestety nie znam. Zacznij od "Michaela", czyli "scen z codziennego życia pedofila".

    OdpowiedzUsuń
  8. Zgadzam się co do "Melancholii", nierówna rzecz. "Dogville" ciągle nie widziałem.
    "Michaela" bardzo chcę zobaczyć od dłuższego czasu.
    Po "29. palmach" (które moim skromnym sprawdziłyby się tylko jako krótki metraż) boję się kina Dumonta, ale może po zbliżającym się seansie "Flandrii" przestanę:> I zobaczymy co z tym "szatanem".
    W każdym razie chętnie o nim poczytam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Trafiłeś na zdecydowanie najgorszy film Dumonda. Najlepiej zacząć od początku, czyli "Ludzkości". Trzeba też brać poprawkę na jedną rzecz. Sam autor ocenia swoje filmy jako beznadziejne z socjologicznego punktu widzenia. Jego celem jest opowiadanie o pewnych pierwiastkach tkwiących w ludziach, a nie o konkretnych osobach i dlatego konstrukcja postaci jest taka, a nie inna.
    "Michael" miażdży, ponieważ twórcy unikają dosłowności. Mocna rzecz.

    OdpowiedzUsuń
  10. "zbliżający się seans Flandrii" Hm. Od sierpnia...

    Możecie rozwinąć co konkretnie macie na myśli pisząc o nierówności "Melancholii"?

    OdpowiedzUsuń
  11. "Dogville" do niczego Marcina nie przekona... Ja dalej uważam, że powinien zobaczyć "Element Zbrodni". Bo "Europę" chyba widział... Kurde, patrząc na jego warsztat(właśnie tych wczesnych filmów) trudno Triera nazwać kabotynem. Wspomniana "Europa" rezonuje w mojej głowie do tej pory, myślę o niej często, a widziałem ją ostatnio z pięć lat temu. "Element" też we mnie siedzi.

    OdpowiedzUsuń
  12. Arek,
    Lepiej późno niż Piotrek;]

    Jestem świeżo po seansie "Flandrii" i bardzo mi się podobała, zdziwiłem się. Ale właśnie była bardzo socjologiczna (epizody wojenne). Mocna rzecz. Dalej się boję kina Dumonta, ale teraz już z innych powodów.

    "Melancholia" jest nierówna pod kątem dramaturgii. W pierwszej połowie Trier narzuca pewne tempo i w drugiej mocno zwalnia. To oczywiście specyfika tak, a nie inaczej skonstruowanej fabuły. No ale.

    Najlepszym przykładem na kabotyństwo Triera wydaje mi się "Królestwo" (choć to akurat jedna z tych jego pozycji, które lubię). W ostatnim odcinku historia nagle urywa się, a reżyser szczerzy zęby do kamery, że właściwie to chciał się tylko pobawić i o nic mu nie chodzi. To cały on, tyle że w pozostałych filmach - już nie takich gatunkowych - udaje, że o coś tam mu chodzi. Sadystycznie znęca się nad swoimi postaciami i wsio.
    To oczywiście uogólnienie, nie dotyczy wszystkich jego filmów, jakie widziałem. O tych, których nie widziałem nie wspominając..
    "Europę" zapamiętałem jako rzecz bardzo ciekawą formalnie i strasznie niespójną scenariuszowo. Ale jeśli zapytasz o konkretne przykłady, to nie podam żadnego. Nie pamiętam. Tak samo w wypadku "Epidemii".

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  14. "W ostatnim odcinku historia nagle urywa się, a reżyser szczerzy zęby do kamery, że właściwie to chciał się tylko pobawić i o nic mu nie chodzi. "

    Tego serialu po prostu nie skończono, tak jak "Deadwood" i wielu innych. Zresztą setki seriali gdy się zaczynają nikt nie wie jak się skończą. Więc chyba nie do końca trafnie odebrałeś jego intencje i zarzut w tym przypadku jest moim zdaniem całkowicie chybiony.

    Zarówno Trier jak i ogólnie TV dużo się na Królestwie nauczyli. Echo "Królestwa" słychać właśnie w dzisiejszych serialach które tak lubisz. Ja sam oglądam akurat "American Horror Story" i znajduję tam masę zapożyczeń.

    OdpowiedzUsuń
  15. Na moje to tylko nieznacznie zmienia postać rzeczy. Chodzi mi przecież o ostatnie ujęcie ostatniego odcinka. O triera szczerzącego zęby. O to, co mówił. W takim razie udawał co innego, ale udawał. A o udawanie mi chodzi.

    "Królestwo" to przecież duńska wersja "Twin Peaks". Czy Trier wymyślił coś nowego? Powiedziałbym, że to wręcz epigonizm, choć zaskakująco fajny.

    "Echo "Królestwa" słychać właśnie w dzisiejszych serialach które tak lubisz."
    ? (za wyjątkiem "AHS")

    OdpowiedzUsuń
  16. Królestwo zdaje się ostatecznie dużo ważniejsze dla formy telewizyjnej bo nie udaje kina tylko jest właśnie "zabawą", eksperymentem w jej obrębie i popychaniem jej dalej. Budowanie napięcia w obrębie jednego epizodu, mieszanie gatunków (opera mydlana - horror - komedia - serial medyczny), praca z aktorem* - to wszystko wyszło moim zdaniem dużo bardziej lepiej niż w "Twin Peaks"**. Pokazało nowe drogi dla tej formy i dużo bardziej rozluźniło jej schematy. Śmiem twierdzić że jest to pierwszy "współczesny serial" patrząc na to w kontekście tego co wcześniej pisałeś. Takiemu "Deadwood" na pewnym poziomie jest dużo bliżej "Riget" niż "Twin Peaks". Nie jestem specjalistą od współczesnych seriali, ale strzelam że tak jest w większości przypadków.

    "O triera szczerzącego zęby. O to, co mówił. W takim razie udawał co innego, ale udawał. A o udawanie mi chodzi. "

    Marcin, ty go po prostu nie lubisz. Jako jednostki, człowieka.




    *a trier miał i ma z tym problemy.

    **TP cenię chyba tylko pierwszy sezon i pojedyncze odcinki - pomijając brak zakończenia, Riget jest w całości udane.

    OdpowiedzUsuń
  17. Ale ja jestem też ortodoksyjnym fanem "Riget", przyznaje...

    OdpowiedzUsuń
  18. **to wszystko wyszło moim zdaniem dużo lepiej niż w "Twin Peaks"

    skreślić "bardziej".

    OdpowiedzUsuń
  19. Trochę oddaliliśmy się od tematu kabotyństwa.

    "Twin Peaks" jest pierwszym "współczesnym" serialem.

    Nic mi nie wiadomo o tym, żeby "Królestwo" wskazało jakieś nowe drogi. A na pewno żadną z nich nie było to, o czym piszesz. Budowanie napięcia w obrębie jednego epizodu było od dawna normą. Gatunkowa mieszanka - "Twin Peaks" łączyło operę mydlaną, komedię, kryminał, horror. I surrealizm! Trier zmienił miejsce akcji (może się naoglądał "Ostrego dyżuru";]), gatunki potraktował bardziej dosłownie. "Twin Peaks" nie udawało kina, ale przyniosło telewizji rozwiązania wcześniej w niej nieobecne. O takie rozwiązania - choć bardziej rozbudowane i w ilości dużo większej - chodzi dziś w serialach, o których mówi się "nowa jakość". "Deadwood" nie jest jednym z nich, choć oczywiście bazuje na tym, co było wcześniej, jednakże "nowa jakość" to pełne wykorzystanie możliwosci małego ekranu, bez typowych dla tasiemców mankamentów, jak duża prowizorka i niekonsekwencja (oglądałem tylko pierwszy sezon, może w drugim miała miejsce jakaś rewolucja, nie wiem...). Podobnie jest w przypadku "American Horror Story", które to wpisuje się gdzieś pomiędzy starym a nowym (nietuzinkowe podporządkowanie klasycznej telenoweli konwencji kina grozy, usprawiedliwianie wszelakich dziur i nieścisłości poetyką oniryzmu; niestety na dłuższą metę to się nie sprawdza).

    Zgadzam się, drugi sezon "TP" był zdecydowanie słabszy (za dużo mydła). Ale kilka ostatnich odcinków to powrót do mocnej formy. Zwłaszcza finał. Z całym szacunkiem dla "Królestwa" - powtórzę się, uważam, że to dobra rzecz - ale Trier nie zrobił nic, co by choćby w połowie było dla telewizji tak nowatorskie jak to, co Lynch zaserwował w tym jednym odcinku. A przecież mówimy o całościach (a i nie zapominajmy, że "TP" również zostało po prostu przerwane przez decydentów).

    OdpowiedzUsuń
  20. Dumond to osobna satelita na niebie kina ;) Im dalej w lasy tym więcej o kwestiach fundamentalnych. "Flandria" pod pewnymi względami jest najbardziej gatunkowa i szybka ;) Ciekawe jest, że wg. reżysera jest to film o miłości i odtrutka po "Twentynine Palms". Kolejne dwa filmy to opowieść o "świecie po Bogu". Ja osobiście najbardziej polecam "Ludzkość", która mocno wchodzi w głowę.

    OdpowiedzUsuń
  21. "Gatunkowa mieszanka - "Twin Peaks" łączyło operę mydlaną, komedię, kryminał, horror.I surrealizm!"

    W bardzo małym stopniu i nieudolnie. To dalej pozostawał ostatecznie niepokojący serial kryminalny - Królestwo to coś więcej.

    Takie rzeczy jak surrealizm i niepokój wprowadziły do TV seriale pokroju "Prisonera"* ( http://www.youtube.com/watch?v=I6Ffr1U7KMY ), kilkadziesiąt lat wcześniej więc nie przeceniał bym Lyncha jeśli o to chodzi.

    TP ma znacznie słabsze efekty w takich dziedzinach jak praca z aktorem, prowadzenie dialogów, czy właśnie scenariusz - pełen nieudanych zapychaczy. Scenariusz mnie bardziej przekonuje w "Riget". Trier poszedł zresztą dużo dalej nadszarpując wytrzymałość widza i mieszając formę telewizyjną z dosadnym "gore" np

    "Budowanie napięcia w obrębie jednego epizodu było od dawna normą"

    Nie w taki sposób. Serial Triera zaczynał się zawsze jak typowa telenowela, by w każdym odcinku doprowadzić na koniec napięcie do zenitu i w następnym kontynuować dalej główny wątek w podobny sposób stopniując napięcie etc. Ostatnio, przy "Dead Set" zauważyłem tendencje budowania napięcia od reklamy do reklamy.

    "Trier nie zrobił nic, co by choćby w połowie było dla telewizji tak nowatorskie jak to, co Lynch zaserwował w tym jednym odcinku. "

    Większość tych rzeczy nie przedostała się do TV bo były to nie udane rzeczy. A Trier, to czego się nauczył przy w Królestwie wprowadzał też potem do filmu robiąc po prostu swoje kolejne filmy kinowe.

    *wcześniej pewnie byśmy znaleźli kilka pereł ze "strefy mroku" itp

    OdpowiedzUsuń
  22. Co do "Melancholii" to ta zmiana w drugiej połowie, wydaje mi się - w kluczowej mierze podyktowana jest postacią głównej bohaterki, która nadaje filmowi ton. Jej apatia, w pierwszej części prowokacyjna, "skandaliczna" bo podważająca (negująca) kulturowe rytuały i obrzędy a tym samym kulturę jako taką, w drugiej przekształca się w spokój, w zgodę na koniec, przez co - mimo zbliżającej się katastrofy - ton filmu również staje spokojniejszy. Chociaż mimo wszystko nie odniosłem wrażenia żeby jakoś szczególnie mocno tam von Trier zwalniał pod względem dramaturgii.Do końca siedziałem na krawędzi fotela.

    Co do samego von Triera, rozumiem skąd się
    bierze nazywanie go kabotynem i pisanie o emocjonalnym szantażu i prowokacji. To wszystko pewnie jest w jego kinie, ale to jednak tylko kilka ze środków, którymi się posługuje, a nie on sam jako twórca/artysta. Mało może subtelne środki, ale takie to też kino. Co mi się ostatnio bardzo u niego podoba - i przez co zaczynam patrzeć inaczej również na jakie wcześniejszą twórczość - to jej nieco nihilistyczny (ale nie wiem czy to dobre słowo) a trochę też może anarchistyczny rys. W "Melancholii" nim zniszczy świat dosłownie, materialnie, niszczy kulturę, zbiór człowieczych rytuałów, i robi to w sposób, który na dobrą sprawę jest powtórzeniem "skandalicznego" spastykowania z "Idiotów". W "Antychryście" nad kulturą bierze górę prymitywna natura człowieka, co z kolei rymuje się z nihilizmem moralnym, którym uderzał w "Dogville" i jego mniej udanej kontynuacji, itd.,itp. Generalnie zmierzam do tego, że jest w jego twórczości coś więcej - a przy tym coś, co wydaje się go naprawdę obchodzi - niż tylko on sam. Warto się nie uprzedzać.

    *

    "Deadwood" zdecydowanie zasługuje na określenie 'nowa jakość'. Swoją drogą uważam, że twórcy "Boardwalk Empire" czerpali/czerpią z tego serialu garściami.

    *
    Jan Prociak

    "Ciekawe jest, że wg. reżysera jest to film o miłości i odtrutka po "Twentynine Palms"".

    Nie tylko wg. reżysera. We "Flandrii" pojawiają się wręcz dosłowne nawiązania do "Twentynine Palms" (porównaj finał "TP" - konkretnie Davida wybiegającego z łazienki - z ostatnią "wojenną" sceną "Flandrii", w której Andre zabija wieśniaków) David z "TP" i Andre z "Flandrii" to kolejne wersje tego samego męskiego prymitywa, z których tylko ten drugi, okazuje się być zdolny do uczucia, przez co przekracza swój prymitywizm), i oczywiście, że jest to film o miłości. Niewiele znam filmów, w których - nazwijmy to - deklaracja uczucia miała by taką siłę, jak w finale "Flandrii".

    OdpowiedzUsuń
  23. Krzysztof,
    Nie chcę się licytować. "Królestwo" składa się z wielu elementów, z których składało się już "Twin Peaks". To czy Lynchowi coś się udało czy nie (itp. itd. etc.), to już inna sprawa. Dzieło Triera postrzegam jako coś, co przyczyniło się do utrwalenia świeżych jeszcze wzorców, czym pośrednio przysłużyło się rozwojowi telewizyjnych fabuł. Tyle.


    Arek,
    No jak pisałem, zmiana tonacji w drugiej połowie "Melancholii" jest uzasadniona samą fabułą. Ale zmiana tempa zawsze odbija się na dramaturgii. Czy raczej - jest z nią ściśle związana. Można lubić, można nie lubić. Nie będę silić się na mityczny obiektywizm i krytykować za to całego filmu, bo wówczas musiałbym zmieszać z błotem "Valhalla Rising". I miałbyś mnie na sumieniu.

    Czemu "Deadwood" zasługuje na tą zacną szufladkę? Dla mnie to jedna z tych pozycji - obok np. "Rzymu" czy "Dextera" - które pomogły "nową jakość" stworzyć, ale same wcale nią nie są. Takie, powiedzmy, pomosty. Rozwiń proszę to o "Zakazanym imperium". I czy masz na myśli już pierwszy sezon "Deadwood" czy naprawdę coś straciłem olewając późniejsze odsłony?

    OdpowiedzUsuń
  24. Arek Szpak

    Oczywiście zgadzam się z tym. Przy okazji to niesamowite jak kolejne filmy Dumonda wynikają z siebie. Patrz dwa ostatnie. Jak dla mnie wielki twórca i fajnie, że na NH była okazja obejrzeć te filmy na dużym ekranie.

    OdpowiedzUsuń
  25. "Melancholia"
    Tak, napisałeś, tylko że ja się trochę gubię. Niby krytykujesz, że tempo siada a przez to dramaturgia (z czym jednak trudno mi się zgodzić), ale jednocześnie przyznajesz, że jest to uzasadnione fabularnie. No a skoro uzasadnione to co w tym złego? To przecież bardzo typowa sytuacja, że jak się bohater/bohaterka wycisza to to samo dzieje się z całą resztą. Sądzę, że jednak fabuła sama w sobie ma pierwszeństwo przed szkieletem/konstrukcją filmu. Jednak na niej warto by skupić się w pierwszej kolejności i dopiero wychodząc od tego miejsca zaczynać krytykę. W przeciwnym razie to trochę tak, jakby bardziej niż skończony i oryginalny film interesował nas podręcznik "Jak napisać poprawny scenariusz filmowy".

    Co do "Deadwood" i "Boardwalk Empire" to oba seriale mają bardzo podobną podstawę. Tkwią między kinem strickte gatunkowym a próbą jego pogłębienia poprzez silne akcentowanie tego co dla (historycznej) rzeczywistości, w której są osadzone charakterystyczne. W czym - co kluczowe - oba wychodzą poza czysto gatunkową efektowność i skrót. "Deadwood" jest o tyle ciekawym westernem, że nie jest anty-westernem, (nie skupia się na podważaniu mitów), ale bardzo w nim niewiele typowej westernowej mitologii. Myślę, że nie nie mogłeś się o tym przekonać widząc widząc wyłącznie 1 sezon, bodajże najbardziej "klasyczny" (a przynajmniej tak zakończony). Z czasem to film coraz bardziej surowy, gorzki w swojej wizji Dzikiego Zachodu, brutalny i - pozytywnie - przegadany, dużo się tam mówi, politykuje i układa, co sprawia, że całość ma w sobie naprawdę sporo z kina gangsterskiego (jeden z kolegów wypowiadających się wyżej zwracał Ci już na to uwagę jakiś czas temu na Filmwebie). Tylko że w innej scenerii niż np. Atlantic City. I chyba tyle. Chętnie napisałbym coś więcej, ale widziałem "Deadwood" już ze 3 lata temu co najmniej, więc trudno o większą drobiazgowość, niemniej już od pierwszych odcinków 1 sezonu "Boardwalk Empire" miałem z nim silne skojarzenia. Warto dać drugą szansę.

    Jeszcze odnośnie tych pomostów, o których wspomniałeś. "Deadwood" podobnie jak inny (też nowo-jakościowy) jeszcze lepszy serial HBO "Carnivale" urwano, zakończono za wcześnie, pewnie także ze względu na nie dość dużą oglądalność. Ale myślę, że gdyby oba seriale powstawały dziś, to doczekałyby się swoich 5 sezonów. Dlatego zgadzam się z Tobą, że "Deadwood" był swego rodzaju pomostem. Tyle że był nim dla publiczności, nie dla twórców.

    OdpowiedzUsuń
  26. Żadne podręczniki. Wiadomo, że najważniejszy jest efekt końcowy, ale ten jest przecież sumą wszystkich składników. Można sobie osobno mówić o fabule i jej konstrukcji, ale nie ma jednego bez drugiego. Podobnie jest z tempem opowiadania i dramaturgią. Bo jedno kształtuje drugie.
    Tempo w połowie filmu zwalnia. Jest to uzasadnione, ale nie zmienia faktu, że pod tym właśnie kątem druga część filmu odstaje od pierwszej. Jest po prostu inna. Love it or leave it. Ty dalej siedziałeś na krawędzi fotela, a ja wylądowałem w łóżku*.


    Odnośnie seriali - to w końcu odbiorcy są od szufladkowania.
    Kapitalny "Carnivale" miało pewne typowo serialowe niedociągnięcia, przez co nie nazwałbym tego jeszcze "nową jakością". Choć było blisko.

    * W finale wstałem.

    OdpowiedzUsuń
  27. Zgadzam się co do "Drive". Dla mnie to najlepszy film roku, ale przyznaję, że nie widziałem zbyt dużo filmów w ubiegłym roku ;) Nie podzielam jednak zachwytów nad filmem braci Coen "Prawdziwe męstwo". Jako fan westernów czekałem z niecierpliwością na ten film, ale Coenowie nie spełnili moich oczekiwań. Chyba bardziej by mi się spodobał ten film, gdyby "po mistrzowskim To nie jest kraj dla starych ludzi wkroczyli na teren Sama Peckinpaha". Ale jak na staroświeckie, klasyczne kino to zabrakło tu pewnej, że tak powiem elegancji, o którą powinien zadbać operator Roger Deakins i o którą zadbali chociażby twórcy wspomnianego "Drive" ;) Znacznie bardziej wolę starą wersję "True Grit", przepiękną wizualnie, z genialną rolą Johna Wayne'a i cudownym zakończeniem.

    OdpowiedzUsuń
  28. Zgaduję, że gdyby była to rzecz bardziej antywesternowa, to i mi by się (jeszcze) bardziej podobała. Za to szczerze nie rozumiem narzekań na pracę Deakinsa, jak dla mnie wykonał kawał porządnej roboty.

    OdpowiedzUsuń
  29. Praca Deakinsa bardzo mi się podobała w innym westernie ("Zabójstwo Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda"). A moje narzekanie wynika chyba z tego, że po prostu bardziej podobały mi się zdjęcia Luciena Ballarda z wersji Henry'ego Hathawaya. W dodatku Ballard nie dostał nominacji ani za "True Grit" ani np. za "Dziką bandę", a Deakins dostaje nominację za co drugi film ;)

    OdpowiedzUsuń
  30. Rozumiem:)
    Oscary to rewia mody. Pamiętajmy też, że "Dzika banda" wywołała falę oburzenia wśród ówczesnej krytyki. Jakże to tak niemoralny film do czegokolwiek nominować? I co to za operator, który takie podłości chce rejestrować? Zgaduję, że "Prawdziwe męstwo" miało premierę już po niej;]

    OdpowiedzUsuń
  31. Po twoją daje link do najlepszych i najgorszy filmów według Quentin Tarantino na rok 2011: http://www.tarantino.info/2012/01/14/exclusive-quentin-tarantinos-favorite-films-of-2011-more/

    Zwróć uwagę na miejsce 11, film który został wszędzie zjechany. Muszę zobaczyć te małpy, muszą być chyba całkiem niezłe. A "Drive" jakoś nie przypadł mu do gustu. Zresztą kolejny raz potwierdza, że ma co najmniej specyficzny gust.

    OdpowiedzUsuń
  32. Przynajmniej jest szczery, i przynajmniej w tym roku nie było kreskówek. W zeszłym aż dwie. Dziwny facet.

    OdpowiedzUsuń

anonimie, podpisz się