niedziela, 21 grudnia 2014

When the Raven Flies. Wikingowie a westerny

Poniżej tekst napisany przez Krzysztofa Ryszarda Wojciechowskiego, autora bloga Rękopis znaleziony w Arkham. Namawiam go, żeby już na stałe został na pokładzie Kinomisji (bo Arkham to komiks i muzyka), ale coś się chłopaczyna buntuje.



W oczekiwaniu na następny sezon Wikingów chciałoby się oszukać głód poprzez spożycie jakiegoś surogatu. Próbowałem tego już po zakończeniu pierwszej serii tego serialu i przekonałem się wówczas, że filmów o wikingach jest bardzo mało, a tych udanych zaledwie kilka. Nie trzeba chyba dodawać, że piszę to z tej części piekła, w której trzymają popaprańców jarających się ultra-pulpowym kinem, więc wielkich wymagań nie mam. When the Raven Flies (Hrafninn Flygur, 1984), który otwiera "trylogię wikińską" Hrafna Gunnlaugssona, jest zdecydowanie jednym z najlepszych.

Co ciekawe, film ten nie jest wytworem Hollywoodu, a dzieckiem ubogiej kinematografii islandzkiej, gdzie kino gatunkowe (za wyjątkiem komedii, oczywiście) jest ewenementem jeszcze większym niż w Polsce. Mimo, że dziś wydaje się zapomniany, to w swoich czasach odniósł całkiem spory sukces. A przynajmniej jak na obraz pochodzący z tak egzotycznego kraju. Nominowany był do Fantasy Film Award i próbował wbić się do konkursu Oscarowego. Bez skutku, acz trudno się temu dziwić, bo chwalony był właśnie za odejście od wzorca, w który Hollywood wsadziło wikińskie filmy.

When the Raven Flies jest do bólu brudny i nihilistyczny. Często zresztą określa się go mianem "najbardziej realistycznego wikińskiego filmu, jaki powstał". Obsadę skompletowano głównie z zakazanych, bezzębnych ryjów, a akcja dzieje się na zapomnianych i ponurych kamienistych plażach oraz w górzystym krajobrazie, gdzie Loki mówi dobranoc, a trolle dupami szczekają. Majestatycznych drakkar i wielkich wypraw, z którymi kojarzą się wikingowie, właściwie tu nie ma, aczkolwiek akcję napędza odległe echo jednego z łupieżczych wojaży. Grupa wikingów podczas pirackiego wypadu trafiła do Irlandii, gdzie wyrżnęła rodzinę pewnego młodego Celta i uprowadziła jego siostrę. Dzieciak poprzysiągł zemstę i dwadzieścia lat później trafia na ślad oprawców. Wraz z łodziami kupców przybywa do zamieszkałej przez nich krainy. Działa w pojedynkę, ale jest przebiegły jak lis i mimo młodego wieku okazuje się śmiertelnie groźny, gdyż w między czasie stał się prawdziwym mistrzem w rzucaniu nożami. By dotrzeć do swojej siostry, przybysz zmuszony jest zdobyć zaufanie wikingów. Sytuacja komplikuje się, bo na przestrzeni lat kobieta zasymilowała się ze społecznością i została żoną jednego ze swoich niegdysiejszych oprawców.

Swoją poetyką obraz Gunnlaugssona nawiązuje do obskurnych włoskich westernów będących krzywym zwierciadłem amerykańskich produkcyjniaków. Co więcej, bezpośrednio odnosi się do poszczególnych tytułów, przez co oglądając go czułem się jak ultras na meczu swojej drużyny. Punktem wyjścia była trylogia Sergia Leone. Protagonista podobnie do postaci odgrywanej przez Estwooda w Za garść dolarów jest bezimiennym przybyszem znikąd, który za pomocą fortelu skłóci dwóch wikińskich bonzów. Podczas walk milczący bohaterowie puszczają sobie "zalotne spojrzenia" niczym rewolwerowcy gotowi do strzału, a prog-rockowa, mocno perkusyjna muzyka (zdaje się, że głównie stworzona na automacie-sentyzatorze), mimo iż zimna i pochodząca z innej epoki, to próbuje sprawować podobną funkcję, co westernowe soundtracki Morricone. Niestety Hrafn Gunnlaugsson nie był tak utalentowanym reżyserem jak Leone. Brak mu było nie tylko budżetu, ale i gracji. W efekcie film zbliżony jest raczej do spaghetti westernów pokroju Keomy i Django. Inną, bardzo wyraźną inspiracją (być może najważniejszą po "trylogii dolarowej") był tu mało znany, stworzony przy nikczemnym budżecie, wikiński obraz Mario Bavy Knives of the Avenger (jeśli pominąć horrory, w których wyspecjalizował się ten reżyser, to jeden z moich ulubionych tytułów jego autorstwa). Co łączy oba filmy? Tematyka, bohater-nożownik oraz fakt, że oba to kino zemsty garściami czerpiące z westernu.


W warstwie fabularnej Gunnlaugsson bardzo mądrze pogrywa sobie z filmami o Dzikim Zachodzie, rozprawiając się przy okazji z trzaskanymi od sztancy hollywoodzkimi produkcjami o wikingach. Robi to na tej samej zasadzie, na jakiej włoskie westerny demitologizowały swoje amerykańskie odpowiedniki. Antagoniści są poróżnieni ze swoim królem i żyją niejako na wygnaniu. Zasiedlili nową krainę, gdzie zaczynają od początku, niemal jak osadnicy zdobywający Zachód. Zajmują się rolnictwem i żyją spokojnie do czasu, gdy pojawia się bezimienny chcący wymierzyć zemstę. Jego metody przypominają działanie Indianina - jest cichym zabójcą, predatorem, który czai się gdzieś blisko, ale antagoniści nie wiedzą gdzie. Motyw ten został zaczerpnięty z amerykańskiego antywesternu Chato's Land z Charlesem Bronsonem brawurowo (o ile dobrze pamiętam, przez cały film nie pada z jego ust ani jedno słowo) odtwarzającym postać poszukującego zemsty Apacza.Warto też wspomnieć o włoskim pierwowzorze tegoż filmu - Navajo Joe Sergia Cobrucciego, w którym Burt Raynolds wcielił się w rolę czerwonoskórego mszczącego się na sadystycznej bandzie łowców skalpów, która zmasakrowała jego plemię. Teoretycznie film o wikingach powinien opowiadać o bohaterskich ludziach północy, a western o kowbojach walczących z Indianami. Tymczasem bohaterem jest tu Irlandczyk, a wikingowie bandą zdegenerowanych drani. Motyw ten w zabawny sposób wykorzystali amerykańscy dystrybutorzy wprowadzając film Gunnlaugssona na rynek wideo jako Revenge of the Barbarians.

Szukając tu innych indiańskich wątków trzeba również wskazać na związki z Poszukiwaczami Johna Forda, w którym postać kreowana przez Johna Wayne uporczywie szuka swojej bratanicy porwanej przez czerwonoskórych. Nie muszę chyba dodawać, że ostateczne losy Irlandki i kobiety są bardzo zbieżne. To film stojący niejako w rozkroku między westernem i niepowstałym jeszcze antywesternem, uznawany często za obraz zapowiadający nadejście okresu demitologizacji gatunku. Mimo iż Poszukiwacze posiadają klasyczną westernową fabułę (pogoń za Indianami), to bohater grany przez Wayne'a ukazany jest jako zaślepiony fanatyk, a efekt jego poszukiwań okazuje się niejednoznaczny. Z islandzkim filmem dzieło Forda łączą nie tylko analogie fabularne, ale i ostateczny wydźwięk, bo pod płaszczykiem historyjki o facecie rzucającym nożami kryje się przypowieść o bezcelowości zemsty. Moralitet przestrzegający przed tym, że mimo iż przeszłość nas prześladuje, to w żaden sposób nie da się cofnąć czasu i nie zawsze udaje się ją naprawić.

Gunnlaugsson jawi mi się jako przedstawiciel tego gatunku pulpowej poezji, który uprawia Nicolas Winding Refn. Pewnikiem jest więc to, że Valhala Rising jest niedalekim potomkiem dzieła Islandczyka. Mimo dużej dozy gatunkowości When the Raven Flies jest bowiem daleki od sztampy. Nie jest też filmem pustym, mającym być jedynie niezobowiązującą rozrywką. Mimo iż nie do końca się to udało (ale i Windingowi Refnowi też nie zawsze to wychodzi), zamiarem Gunnlaugssona było stworzyć kawałek mądrego kina.

Chociaż When the Raven Flies wywołał u mnie szybsze bicie serca, to jest jednak filmem pełnym przywar, dalekim od ideału i myślę, że dla współczesnego widza może być jednak niezjadliwy. Niemniej, jeśli interesujecie się kinem (jeśli naprawdę interesujecie się kinem, a nie Skazanymi na Shawshank czy inszymi Zielonymi Milami), to warto go poznać, bo jawi się jako brakujące ogniwo między wyidealizowanym, popkulturowym obrazem ludzi północy a tym, co dziś oglądamy w serialu Wikingowie.

Krzysztof Ryszard Wojciechowski

8 komentarzy:

  1. W ,, Chato's Land'' Bronson rzuca tylko jeden , krótki tekst - na początku do szeryfa w saloonie, żeby się od niego odjebał. Ten nie posłuchał ... i dalej już nie było o czym gadać .
    Z tematu ; półkrwi Indianin + spaghetti western + zemsta + noże , to polecam ,, Today We Kill, Tomorrow We Die ! '' Tonino Cerviego ( wg. scenariusza Argento ) 68' . Rzecz tyleż zapomniana, co znakomita. Billy Kiowa ( znany z paru ,,póżnych'' Fulcich, Brett Halsey ) wychodzi z pierdla i z odłożonej kasy opłaca czterech obcych zabijaków ( m.in. Bud Spencer i William Berger ), żeby dopomogli mu w zemście na kolesiu, który sobie u niego nagrabił za wszystkie czasy. Jak to bywa , Zły ma pod sobą całą bandę , a co jest niebywale, gra go sam Tatsuya Nakadai ( !! ) który posługuje się maczetą. Film rozgrywa się w mocno nietypowej, jak na spag west scenerii jesiennych, środkowoeuropejskich lasów , klimat prawie, jak w Bieszczadach ( kręcono gdzieś pod Rzymem ) . Przed finałową jatką Kiowa mówi swoim ludziom, by zastąpili bron palną nożami, bo to ma być ,, vengeance indian style''. I chłopaki fundują bandzie stalk'n'slasherską , leśną Noc Kosy

    OdpowiedzUsuń
  2. Rewelka! I bodaj pierwszy tak rozbrajająco szczery przejaw darkowych ciągot do broni białej .
    Do tego piękny angielski tytuł ( lepszy od włoskiego ) i tagline : Brutqal! Violent! Savage !

    OdpowiedzUsuń
  3. "When the Raven Flies" jest na youtubie, chętnie obadam, bo też odczuwam brak dobrych filmów o wikingach (przy okazji przyznam, że bardzo lubię "Wikingów" Richarda Fleischera, podoba mi się również serial Michaela Hirsta i też czekam na kolejny sezon).
    Z wikińskich obrazów Mario Bavy widziałem tylko "Gli Invasori", który mnie rozczarował i nie miałem już ochoty na "Knives of the Avenger". Ale w końcu i na ten film przyjdzie pora.
    Większość z przywoływanych w tekście filmów widziałem, z westernów o Indiańcach-mścicielach to jednak "Navajo Joe" bardziej mi odpowiada niż "Chato's Land", ale ten drugi też może być, trzyma w napięciu, szczególnie w drugiej połowie.
    Propozycja od Simply'ego też brzmi ciekawie. Tatsuya Nakadai w spaghetti westernie, w dodatku posługuje się maczetą, to musi być niepowtarzalne, unikatowe widowisko. To chyba z tego filmu pochodzi ta melodia: https://www.youtube.com/watch?v=VuWEKSPbfxs&feature=related

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Gli Invasori" nie widziałem, bo mnie Krzysiek do seansu zniechęcił mówiąc, że do udanych obrazów to tam daleko... :)

      Usuń
  4. Bardzo zacna rzecz! Jeśli chodzi o spag-westy to realizacyjnie najbliżej temu chyba do "Cut-Throats Nine" - syf, brud i mega obskura. Z Leone to tam jest nawet w finale dosłowny cytat z "Za garść dolarów". Druga część tej - nieformalnej - trylogii również bardzo fajna, lepsza jeśli chodzi o stronę techniczną, ale ma też już trochę inny charakter. Więcej tam chanbary (np. finałowe starcie przy gejzerze). "Białego wikinga" z 1991, czyli zamknięcia trylogii, nie widziałem. Uchodzi za najsłabszy i odstający od reszty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałem, że "Biały wiking" ma dwie wersje i ta reżyserska jest krótsza o ponad pół godziny!

      Usuń
    2. No, jest jakiś burdel z tymi wersjami. Wersja reżyserska z tytułem zmienionym na "Embla" jest krótsza i do tego wypuszczona w 2007 roku, czyli 16 lat po premierze "Białego wikinga".

      Usuń

anonimie, podpisz się