wtorek, 14 grudnia 2010

Fabrice Du Welz - nadzieja kina grozy

Nieco przeredagowana, uaktualniona wersja poniższego tekstu opublikowana później została na łamach portalu E-Splot.

typowi obywatele Belgii w A Wonderful Love

Belgia powinna być światową stolicą kina grozy. Bo przecież – jak mówi pan du Welz – jest krajem mrocznym, surrealistycznym, schizofrenicznym i absurdalnym. Tyle, że belgijscy filmowcy wolą z reguły straszyć rodzimą publiczność kolejnymi dramatami społecznymi. Bo gatunków się za bardzo boją, niestety nie tylko oglądać (no dobra, tacy bracia Dardenne tworzą kapitalne filmy społeczne, ale o tym może innym razem). O du Welzu bywa głośno na światowych festiwalach, ale w ojczyźnie pozostaje niezauważony. Być może zmieni się to za sprawą zapowiadanego Alleluia, jego trzeciego filmu pełnometrażowego, który zrealizowany ma zostać w USA. My mamy mieliśmy Polańskiego, Belgowie mają du Welza. Teoretycznie najbardziej belgijskiego filmowca, niekochanego z powodu swojej belgijskości – czyli mroku, surrealizmu, schizofrenii, absurdu... Wychodzi na to, że gdyby spotkali się Bunuel, Hitchcock, Herzog i wspomniany Roman, gdyby postanowili spędzić gdzieś wspólnie wakacje, by spłodzić swoje możliwie najstraszniejsze scenariusze, to wybraliby Belgię. Bo to przecież na nich powołuje się du Welz, prowokacyjny twórca eksperymentalnych horrorów będących, jak słusznie mówi, mieszanką agresji i poezji.

Doskonale zdaje sobie sprawę, że najstraszniejsze potwory to ludzie, a nie wampiry, zombiaki czy wilkołaki. W związku z tym podstawą grozy w jego kinie jest sama psychologia i nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że Freud byłby dumny. To, że nazwał by też zapewne tego Belga totalnym wariatem, to już inna bajka. Tak silny w jego dziełach pierwiastek ludzki nie oznacza, że brakuje w nich czysto gatunkowych elementów, ale że bawi się nimi jak dziecko klockami Lego. Każdy pięciolatek mając do dyspozycji zestawy piratów, rycerzy czy policjantów nie będzie się nimi bawił osobno, lecz naraz, wedle własnego widzi-mi-się. W kinie du Welza nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać, możliwe jest niemal wszystko. Całkowite odrealnienie to, po wspomnianej psychologii, druga typowa cecha jego twórczości. Razem tworzy to mieszankę wybuchową, a pozwala na rzecz kolejną, całkiem swobodne traktowanie gatunkowych wzorców. Lub jeszcze inaczej – wywracanie ich do góry nogami. Jeśli nakręciłby kiedyś film o wilkołaku, to zapewne groza tkwiła by w tym, że o północy przemienia się w człowieka. Jeśli nakręciłby film o wampirze, to pewno ludzie pili by jego krew, nie on ich. To oczywiście uproszczenia, ale tak to właśnie z tym du Welzem jest. 

panna Laura na spacerze

Wprawdzie kocha sztukę filmową pod każdą postacią, ale chce tworzyć kino grozy, bo to horrory były jego pierwszą filmową miłością. Miłością od pierwszego wejrzenia, a dokładniej od seansu Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, po którym postanowił zostać reżyserem. Decyzja zapadła, życiowa droga obrana. Na początku lat 90. zaczął kręcić krótkie filmy amatorskie, następnie rozpoczął naukę w Konserwatorium Sztuk Dramatycznych w Liege, wreszcie w INSAS, brukselskim instytucie treningu filmowego. Po zakończeniu nauki zaczął pracę dla Canal+, gdzie był współodpowiedzialny za tworzenie skeczów komediowych. Ciekawe czy już tam pojawiały się ulubione tematy du Welza charakteryzujące każdy jego dotychczasowy film – miłość, samotność i wynikające z nich szaleństwo. Nie wątpię za to, że nie obyło się tam bez czarnego humoru i absurdu. Nie wątpię też, że to lata pracy przy nich sprawiły, że jego pierwszy profesjonalny film, krótkometrażowy When One Is In Love, It’s Marvelous (znany też jako A Wonderful Love) jest, mimo całego swojego mroku, tak zabawny.

Główną bohaterką jest ok. 50-letnia panna Laura. Kobieta bardzo samotna, bardzo nieśmiała i bardzo nienormalna. Z okazji swoich urodzin urządza przyjęcie, ale jedynym planowanym gościem jest zatrudniony na tę okazję stripteaser. Młody przystojniak po ukończeniu swojego tandetnego show nie zgadza się niestety zostać na specjalnie przyrządzone przez Laurę ciasteczko. Prowadzi to do kłótni, która kończy się wbiciem w jego gardło widelca. Cóż, stripteaser prędko jej domu nie opuści.


Absurd, ironia, turpizm, czarny humor i klimat z piekła rodem. Film na zmianę jest śmieszny i straszny, uroczy i obrzydliwy. A przede wszystkim odważny i nieprzewidywalny, od początku do końca. Akcja dzieje się głównie nocą i jeśli nie w mrokach mieszkania panny Laury lub pewnym sklepie mięsnym, to na opustoszałych ulicach. Przedstawiony tu świat zdaje się być dalekim od naszej rzeczywistości, kojarzy się raczej z tym, co wcześniej Jean-Pierre Jeunet i Marc Caro pokazali w Delicatessen i Mieście zaginionych dzieci. Tyle, że w wersji dużo mniej bajkowej i przyjaznej, a dużo bardziej upiornej. Dużo, dużo, dużo... Nietypowym zagraniem jest już wybór głównego bohatera opowieści, bo jest nim kat, a nie jak to zwykle bywa ofiara. Kolejna nieszablonowość tyczy się późniejszych zwrotów akcji lub ich niespodziewanego braku w pewnych miejscach. Cóż, w szkole filmowej za tak napisany scenariusz du Welz nie dostałby pewnie zbyt wysokiej oceny, bo za bardzo ucieka od scenopisarskich standardów. Na szczęście dla widzów, którzy lubię kino nietuzinkowe. Ale, jak sam mówi, to co dla jednych będzie siłą jego filmów, dla innych będzie słabością. Zacytuję mojego kolegę: Całe szczęście, że to takie krótkie (20 minut). Nie znaczy to, że się z nim zgadzam, ale dobrze oddaje ilość szaleństwa w tym filmiku. Filmiku, który został dostrzeżony na kilku festiwalach, na jednym też nagrodzony, co jednak nie pomogło jakoś szczególnie autorowi w zbieraniu funduszy na pełnometrażowy debiut. Skompletowanie środków na realizację szokującej Kalwarii zajęło mu dobre trzy lata. Ach, ta Belgia.

Głównym bohaterem jest Marc Stevens, młody piosenkarz uprawiający tandetne disco. Podróżuje z miasta do miasta koncertując w miejscach typu dom starców. Niestety w trakcie kolejnej podróży zaczyna błądzić, wreszcie gdzieś w środku lasu psuje mu się van. W ten sposób trafia do motelu samotnego Bartela, który obiecuje pomoc. Naprawa vana podejrzanie długo przeciąga się, więc Stevens postanawia przejść się po tajemniczej okolicy, choć pan Bartel wyraźnie go przed tym przestrzegał. I tak, podczas owej przechadzki, bohater niespodziewanie staje się świadkiem zbiorowego gwałtu dokonanego na... świniach.

Kalwaria jest właściwie inną wariacją na temat historii opowiedzianej wcześniej w When One Is In Love... Tylko pewne akcenty zostały porozkładane inaczej, np. już nie kat, lecz ofiara jest tu bohaterem i sporo czasu minie, zanim dowie się, że jest ofiarą. Brzmi może tendencyjnie, ale wcale tak nie jest. Po pierwsze ze względu na nietypowy sposób opowiadania, jaki tu du Welz zaserwował, po drugie ze względu na to, iż mimo dokładnego poznania bohatera, widz przez dłuższy czas nie jest w stanie darzyć go jakąkolwiek sympatią. Bo jak mówi reżyser, Marc jest pustym pudełkiem, w które absolutnie każdy może włożyć swoje fantazje. A my tylko obserwujemy, jak robią to z nim kolejne postaci. Kalwaria jest tak samo upiorna i odrealniona, jak swoja krótkometrażowa poprzedniczka, ale pozbawiona jest jej lekkości i humoru, który pojawia się już tylko okazjonalnie. Do tego film jest niemal całkiem pozbawiony muzyki i akcja rozwija się wyjątkowo leniwie. Sprawia to, że skupiamy się na wszystkim, co słyszalne i w ten sposób, przez większą część filmu grozę tworzą tu głównie przeróżne dźwięki, a nie konkretne wydarzenia. Nim ta jazda bez trzymanki rozkręci się na dobre, musi minąć jakieś 50 minut, podczas których wszystkie najważniejsze postaci dramatu poznamy jak własną kieszeń. Wszystko to sprawia, że obraz jest wyjątkowo surowy, ciężki i nieprzyjemny, a przedstawiona w nim abstrakcyjna rzeczywistość wygląda zaskakująco prawdziwie.


Du Welz mówi, że przy pisaniu scenariusza, który z samego swojego założenia miał być czystym eksperymentowaniem z regułami kina grozy, inspirował się przede wszystkim dwoma tytułami – Psychozą i Teksańską masakrą piłą mechaniczną. I faktycznie, Kalwaria początkowo wygląda jak jakiś schizofreniczny dramat, a w końcu zamienia się w istny survival horror. Nie znaczy to wcale, że staje się choć trochę przewidywalna czy typowa. Dzięki temu filmowi o du Welzu zrobiło się naprawdę głośno na kolejnych festiwalach filmowych. Z miejsca podzielił krytyków i publiczność zyskując miano obrazu kontrowersyjnego. I tak, dla jednych to zupełnie niestrawny gniot, a dla innych najprawdziwsze objawienie. Czyli wszystko w normie. Spory jak na belgijskie kino rozgłos filmu (premiera w Cannes) nie poprawił jednak sytuacji autora jakoś szczególnie. Jak mówi, sukcesy belgijskich i francuskich horrorów nie sprawiają wcale, że nagle do ich twórców odzywają się rodzimi sponsorzy chcący pomóc przy kolejnych produkcjach. Bo te horrory odnoszą z reguły sukcesy na świecie, a nie w swoich ojczyznach. Tym samym premiera drugiego długiego jego filmu, Vinyan, odbyć się mogła dopiero 4 lata po premierze debiutu.


Młode małżeństwo wypoczywające wraz z synkiem na wakacjach w Azji pada ofiarą tsunami, które ich dziecko porywa. Po sześciu miesiącach Paul zdaje się być już pogodzonym z tragedią, ale nie jego zona, Jeanne. Niespodziewanie podczas oglądania kasety video, na której zarejestrowane są zniszczone przez tsunami miejscowości i zamieszkujące je samotne dzieci, Jeanne rozpoznaje swojego syna. Para decyduje się na wyprawę, by odnaleźć zaginione dziecko. W ten sposób trafiają do miejsca, gdzie zaciera się granica między światem żywych a umarłych.

O ile w Kalwarii Belg łamał głównie zasady slashera, tak w Vinyan wywraca do góry nogami reguły ghost story. W klasycznym filmie tego typu, to duchy wkraczają do świata ludzi, tymczasem tutaj jest właśnie na odwrót. Ale wbrew pozorom, gatunkowe wzorce liczą się tu najmniej, co po zmylającym reklamowaniu filmu, jako bardziej tradycyjne kino grozy, wpłynęło na jego powszechne niezrozumienie. Poszukiwanie zagubionego synka i stopniowe oddalanie się od świata ludzi, to nie przygoda z ciągłym straszeniem widza, lecz psychologiczna historia o pogłębiającym się szaleństwie tęskniącej matki oraz o rozpadzie jej związku z kochającym mężem. Trzonem historii jest właśnie ich konflikt, wynikający z zupełnie innego podejścia do traumatycznej straty. Jak pisał Freud, praca żałoby polega na uzmysłowieniu sobie nieodwracalności straty ukochanej osoby i odcierpieniu jej. Po przeprowadzeniu tej pracy ludzkie „ja” jest na powrót wolne i niezahamowane. Źródło konfliktu polega tu na tym, że Paulowi udało się już ze stratą syna pogodzić, a Jeanne absolutnie nie. A przecież niedokonanie żałoby prowadzi do melancholii, wówczas „ja” ubożeje i pustoszeje. W przypadku Jeanne – prowadzi do coraz większej izolacji. Im dłużej film trwa, tym mniej wspólnego mają ze sobą główni bohaterowie. 


Ten przerażający w odczytywaniu freudowskich teorii dramat, to dzieło nieustannie droczące się z widzem. Melancholijnemu nastrojowi stale towarzyszy niepokojąca atmosfera. Ma się wrażenie, że w każdej chwili jakiś potwór może wyskoczyć zza krzaków, ale grozę tworzy fakt, że wyskakiwać wcale nie musi. Początkowo niezwykłej wyprawie bohaterów towarzyszą niekoniecznie sympatyczne sny, następnie zastępują je halucynacje, a te z czasem zdają się stawać rzeczywistością. Pod wieloma względami film ten kojarzyć się może z Antychrystem czy z Valhalla Rising, ale w gruncie rzeczy każdy z tych tytułów jest obrazem zupełnie innym. Choć jak wspominałem, Vinyan spotkał się z powszechnym niezrozumieniem (skrajnie różne reakcje krytyki po seansie na festiwalu w Wenecji, ale chyba lepszym przykładem będą komentarze na forum Filmwebu), to umocnił pozycję Belga, jako twórcy odważnego i oryginalnego, którego poczynania warto obserwować. A w dobie powszechności Internetu nie ma chyba na świecie fana kina grozy, który by o jego dziełach przynajmniej nie słyszał.

Po Vinyan du Welz brał się za trzy projekty, ale każdy z nich niestety upadał. Do realizacji gotyckiego horroru pt. The Coffin Island nie doszło, gdyż film okazał się zbyt kosztowny, jak na możliwości Belga. Później planował zapowiadany jako miks horroru i kina wojennego, film o żołnierzach, którzy w jakiejś tajemniczej afganistańskiej wiosce trafiają na coś naprawdę strasznego (wg słów reżysera); następnie w okresie przygotowawczym upadł thriller psychologiczny, o którym nie wiadomo nic, oprócz tego, że akcja miała się dziać gdzieś w okolicach Nowego Jorku. Nie udało mi się trafić na informację, co stało się powodem klęski tych projektów. Obecnie trwają przygotowania do realizacji filmu pt. Alleluia, do którego zdjęcia mają się rozpocząć zaraz na początku przyszłego roku. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że nic już du Welzowi w realizacji tego projektu nie przeszkodzi. Ma to być mroczne kino drogi na podstawie autentycznej historii pary psychopatycznych morderców grasujących pod koniec lat 40. ubiegłego wieku. Poznali się poprzez ogłoszenie matrymonialne, więc prasa ochrzciła ich mianem the Lonely Hearts Killers. Już podczas pierwszego spotkania Raymond Fernandez zauroczony Marthą Beck przyznał jej się do kilku zbrodni, jakie miał na koncie. Ta zaproponowała współpracę i tak zaczęła się ich dwuletnia podróż po USA (będąca ponoć ich miesiącem miodowym), która zaowocowała serią morderstw dokonanych na kobietach. Szczegóły tego romansu są naprawdę makabryczne, ale zostawmy opisywanie ich naszemu Belgowi. Jest w tym przecież naprawdę dobry. 


12 komentarzy:

  1. The Honeymoon Killers jest pierwszym filmem o zbrodniczej parze Beck i Fernandez. Warto zobaczyć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny tekst Marcinie. Wciąż nie wiem jak się robi te skreślenia:)

    OdpowiedzUsuń
  3. No, ja mam nadzieję, że on jednak spełni się na polu szerszym niż kino grozy. A uwspółcześnioną historię The Honeymoon Killers chętnie zobaczę, mam nadzieję, że Du Welz nie straci swojego lokalnego animuszu. Bo rozumiem, że będzie kręcił w U, S i A?

    OdpowiedzUsuń
  4. No lepiej żeby się w nim drugi Carpenter nie odzywał. Wspomina coś ostatnio, że chyba musi bardziej iść w stronę klasycznej narracji itp., ale Alleluia będzie pewnie totalnie pochrzanioną bombą zegarową. Jak się naczytałem o tej parze, to już wiem czemu du Welz ich wybrał. Czarna magia, voodoo, obsesyjna zazdrość i dużo, dużo krwi. Czy Pan Pluciński życzy mu komedii romantycznej?

    OdpowiedzUsuń
  5. Komedia romantyczna to bardzo wdzięczna konwencja. Pod warunkiem, że pierwszym skojarzeniem nie jest Julia Roberts, a drugim Ilona Łepkowska.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja myśle, że by się w takiej formule świetnie sprawdził. Już A Wonderful Love miało co nieco czegoś takiego... :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Tylko wstęp przeczytałem, nie czytam dalej, ale przez ciebie spędzę święta z tym pojebem . Jak wiesz widziałem tylko Kalvarie ale wg powinieneś nie tylko o Polańskim ale też o Toporze wspominać - wg mnie nawet więcej go (przynajmniej w kalwarii ).

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale to nie moje skojarzenia, tylko nazwiska, o których du Welz mówi ciągle w wywiadach. Na Rolanda w nich póki co nie trafiłem, ale faktycznie bardzo pasuje.
    Święta to najlepszy okres na jego filmy. Życzę szczęśliwych seansów i dużo martwych karpi.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo mocny tekst, kompleksowo ładnie rozegrane. Sam parę słów o Vinyan kiedyś napisałem, ale na Freuda bym nie wpadł :D Blog do obserwowanych

    OdpowiedzUsuń

anonimie, podpisz się