poniedziałek, 17 marca 2014

Co jest grane, Davis? - Odyseja artysty

Tekst opublikowany również na łamach nowego "artPapieru", w odrobinę innej wersji.


Jak twierdzi wielu teoretyków kina, gatunki filmowe to współczesne odpowiedniki mitów. Pomijając pobudki komercyjne, które często stoją za powstaniem kolejnych tytułów eksploatujących popularne szablony, rola mitów i kina gatunków jest taka sama: wyrażenie i utrwalenie pewnych wierzeń i wartości, popularyzacja zasad mających regulować życie człowieka w obrębie danego społeczeństwa. A przynajmniej tak przez dłuższy czas było, gdyż gatunki od dawna już ulegają przeróżnym transformacjom, co czasem owocuje tytułami nie mającymi wiele wspólnego z pierwotnymi założeniami reprezentowanego przezeń rodzaju X Muzy. W ten sposób funkcjonuje też postmodernizm, którego jednymi z nielicznych wybitnych przedstawicieli pozostają bracia Coen. W swoim najnowszym dziele w iście diabelsko przewrotny sposób uwypuklili oni powiązania kina i mitologii. Zespolili ze sobą film biograficzny i słynną Odyseję, to pierwsze przefiltrowując przez własną wyobraźnię, a to drugie przez najzwyklejszą rzeczywistość. Z jednej strony wywrócili je więc do góry nogami, z drugiej jednak uczynili bardziej uniwersalnymi i może nawet prawdziwszymi niż kiedykolwiek wcześniej. Innymi słowy: owszem, wyrwali drzewo z korzeniami, ale po to, aby zaraz posadzić je w żyźniejszej glebie.

Sławne rodzeństwo już wcześniej sięgało po mitologię - Bracie, gdzie jesteś? jest przecież luźną adaptacją rzeczonej Odysei, a Poważny człowiek trawestacją Księgi Hioba. Tym razem do literackiej klasyki twórcy podeszli znacznie subtelniej. Dopiero pod sam koniec swojej opowieści wyraźnie wskazują na powiązania z eposem Homera, tym samym niejako zmuszając odbiorcę do ponownego przyjrzenia się przedstawionym wcześniej wydarzeniom i odczytaniu ich - a przynajmniej ich części - na nowo. Wszak ich główny bohater na pierwszy rzut oka z Odyseuszem nie ma nic wspólnego. To folkowy muzyk z uporem maniaka stawiający na swoją artystyczną niezależność, zarazem desperacko poszukujący (nie)mogącej wynikać z niej finansowej stabilności. Przedstawiony nam tydzień z jego życia inspirowany był głównie anegdotami z biografii autentycznego muzyka Dave'a Van Ronka. Dobitnie wskazuje na to już sam tytuł filmu oraz solowej płyty bohatera, oryginalnie brzmiący Inside Llewyn Davis, a więc będący parafrazą tytuły płyty Inside Dave Van Ronk z 1964 roku. Ale dlaczego wspomniany artysta stał się nieistniejącym nigdy Davisem i co tu w ogóle robi Homer?

Coenowie stworzyli własną interpretację (fantazję na temat) filmu biograficznego, tak jak zrobił to już choćby Nicolas Winding Refn w Bronsonie. Podobnie do niego, zrobili to celem zmitologizowania swojego bohatera. O ile jednak kontrowersyjny Duńczyk dążył do przedstawienia przemiany postaci w swego rodzaju nadczłowieka, o tyle oni wyizolowali wybrane epizody z życia Van Ronka od jego własnej kariery celem całkowitego zuniwersalizowania figury niezależnego artysty. Co prawda, nie zrezygnowali z realistycznego (a przy tym miejscami satyrycznego) ukazania sceny folkowej początku lat 60. Rzecz w tym, że ich bohater okazuje się być artystycznym odpowiednikiem everymana. To muzyk, jakich niewątpliwie było, jest i zawsze będzie bardzo wielu. Człowiek, który uprawianą przez siebie sztuką kocha z całego serca, ale miłość ta niekoniecznie jest odwzajemniona, jeśli oczywiście przyjąć, że wyznacznikiem tegoż odwzajemnienia jest także godziwy zarobek za własną twórczość. W tradycyjnym filmie biograficznym obserwowalibyśmy bohatera, który konsekwentnie przezwycięża kolejne przeszkody, aby osiągnąć upragniony sukces (ewentualnie coraz większe sukcesy). W Co jest grane, Davis? obserwujemy bohatera, którego talent niekoniecznie cokolwiek znaczy. Tworzy bowiem muzykę niewystarczająco atrakcyjną dla przeciętnego zjadacza chleba. A że przed ewentualną komercjalizacją swojej twórczości broni się jak tylko może, pozostaje człowiekiem biednym, zmuszonym prosić przeróżnych znajomych o użyczenie kawałka podłogi, na którym mógłby się przespać. I tu przechodzimy do Odysei.

Reżyserzy uczynili Davisa bohaterem dnia codziennego i sceny niezależnej, choć może początkowo ciężko to dostrzec. Częstym towarzyszem jego podróży, u kresu której ma on się odbić od dna, jest należący do jego przyjaciół kot. Zwierzę, którego niechcący pozbawił domu, toteż sprawuje nad nim - a raczej sprawować próbuje - opiekę. W wielu miejscach Coenowie wyraźnie wskazują na to, że ów kot stanowi metaforyczne odzwierciedlenie samego Davisa (ich "przyjaźń" zaczynają od dwóch kontr-ujęć sprawiających wrażenie, jak gdyby kot i człowiek patrząc na siebie przeglądali się w lustrze). Jednym z motywów przewodnich filmu jest zaś próba przypomnienia sobie przez bohatera, jak tenże zwierzak się wabi. Dopiero w ostatnim akcie opowieści słyszy on, iż jego towarzysz na imię ma Odyseusz. Bez tego imienia opowieść nie stała by się wcale uboga; i bez niego radzi sobie doskonale jako szczery i poruszający portret artysty poniekąd poszukującego swojej muzy. Z nim jednak staje się znacznie bogatsza. Jaśniejszym staje się wtedy choćby to, dlaczego wędrówka Davisa z Nowego Jorku do Chicago, choć podyktowana nadzieją na lepsze jutro, zakorzeniona jest w poetyce koszmaru sennego - to odpowiednik wędrówki Odyseusza do Hadesu.

Tak jak w eposie homeryckim, podróż bohatera zdaje się ciągnąć bez końca i jej cel przez długi czas wydaje się być stale tak samo odległy. Odyseusz błądził wprawdzie głównie na morzu, ale i Davis ma na koncie karierę marynarza (tu należałoby zaznaczyć, że miał ją też jego pierwowzór). Obaj to postaci bezdomne i na swój sposób żebracze (Odyseusz żebraka w pewnym momencie udaje, Davis co krok musi prosić o pomoc i niemal ląduje na bruku), obaj pragną za wszelką cenę odzyskać utracony dom i miłość, obaj mają w nim nieznane sobie dzieci. O ile jednak przygody mitycznego bohatera stanowiły przenośnię ciągłej walki z przeciwnościami losu, o tyle w wypadku Davisa symboliczny charakter ma przede wszystkim poszukiwany przezeń dom. U niego oznacza on nie tyle miejsce fizyczne, co upragniony spokój ducha, który nastąpić może tylko wtedy, kiedy na dobre pogodzi się ze śmiercią swojego najbliższego przyjaciela (w filmie dominuje wyjątkowo melancholijna atmosfera) oraz kiedy godząc się z nią stanie się wreszcie w pełni gotów na rozpoczęcie kariery solowej (przygodę z branżą muzyczną zaczynał od przebojowego duetu z tymże przyjacielem). Różnic między filmem braci Coen a Odyseją jest zresztą więcej, bo i reżyserzy nie dokonali wcale adaptacji dzieła Homera, lecz po prostu dopasowali jego wybrane elementy do epizodów z życia Dave'a Van Ronka (bodaj najlepszym tego przykładem pozostaje scena, w której Davis z nadzieją na sukces finansowy trafia do klubu Gate of Horn; klubu, który rzeczywiście istniał, a który swoją nazwę zawdzięcza przecież homeryckiej bramie z rogu, przez którą przechodziły sny zwiastujące przyszłość).

Kluczową rolę w filmie odgrywają liczne piosenki. Bynajmniej nie tylko dlatego, że - jak to na quasi-biografię muzyka przystało - jest to film również muzyczny, a dlatego, że pełnią one funkcję narracyjną. To komentarze do opowieści, albo uwypuklające wewnętrzne rozterki bohatera, albo sygnalizujące kolejne wydarzenia. W kontekście rzeczonych odniesień do Starożytności (warto też wspomnieć, iż w jednym z tekstów pojawia się gołąb z arki Noego) ciężko piosenek tych nie skojarzyć z chórem greckim. Zresztą już samo otwarcie filmu przypomina wejście chóru na scenę antycznego teatru. Oto nie widząc jeszcze obrazu słyszymy szmery barowej widowni. Gdy dobiegają do nas pierwsze dźwięki gitary akustycznej, publika milknie. Dźwięki te łączą się w melodię i wówczas pierwsze ujęcia filmu przedstawiają nam bohatera - jak się później dowiadujemy, już wtedy mocno przygnębionego i zrezygnowanego - który zaczyna śpiewać o swojej śmierci. Otwierająca film piosenka stanowi nie tylko zapowiedź jego nierzadko żałobnego charakteru i porażająco szczery opis kondycji psychicznej bohatera. Coenowie łączą ją chwilę później z Requiem Mozarta, stawiając tym samym znak równości między słynnym geniuszem a nieznanym nikomu muzykiem folkowym. Podobnie uniwersalizujący go chwyt stosują też znacznie później, kiedy na scenę wkracza jeszcze niezbyt popularny Bob Dylan. Kultowy piosenkarz, dzięki któremu ówczesna scena folkowa wkrótce nabrała wiatru w żagle, wykonuje wówczas utwór, którego wymowny tekst towarzyszyć nam będzie jeszcze w napisach końcowych: "I will tell you of the laughter and of troubles / Be them somebody else's or my own / With my hands in my pockets and my coat collar high / I will travel unnoticed and unknown".

Jednakowoż Co jest grane, Davis? to jeden z tych filmów, które wcale nie kończą się wraz z napisami końcowymi, w czym zasługa nie tylko otwartego zakończenia, ale i postmodernistycznego charakteru opowieści. Zwykle jałowa postmoderna w rękach braci Coen na powrót stała się czymś interesującym i wartościowym, ponieważ kolejne tropy kulturowe, po które sięgnęli, posłużyły im do stworzenia obrazu wielopłaszczyznowego. Jego kolejne elementy doskonale uzupełniają się i wzajemnie napędzają. "Pewnie znacie już tę piosenkę. Nigdy nie będzie nowa i nigdy się nie zestarzeje. Bo to piosenka folkowa" - mówi na początku opowieści bohater. Definiuje wtedy nie tylko ukochaną muzykę, ale też gatunkowe wzorce i mitologię (jak również całą konstrukcję scenariusza!). Wszystko to funkcjonuje bowiem na tej samej zasadzie ciągłej powtarzalności, stałej popularyzacji tych samych treści i wierzeń. Ostatnia scena filmu wprawić może w pewną konsternację, lecz jeśli odczytamy ją w kontekście Odysei, a następnie życiorysu Dave'a Van Ronka, to stać się może zaskakująco czytelna. Podobnie jak wszystko to, co wydarzyć się może po napisach końcowych.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

anonimie, podpisz się