Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gra o tron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gra o tron. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 listopada 2013

Ostatnio przeczytane vol. 2

"Alan Moore's The Courtyard" Antony Johnston i Jacen Burrows, 2009 (oryg. 2003)
Lektura tego komiksu przypomina spożywanie posiłku, który u swoich podstaw ma wiele z naszych ulubionych składników, ale który ostatecznie wcale nie smakuje tak, jak byśmy tego oczekiwali, gdyż kucharz nie wiedział, jak swoje danie powinien przyprawić. Kucharzy było tutaj aż trzech, ale winą za niewystarczającą jakość posiłku obarczam tylko jednego. A jest nim, o zgrozo, sam Alan Moore. W 1994 roku napisał on opowiadanie bazujące na lovecraftowskim "Koszmarze w Red Hook". 9 lat później panowie Johnston i Burrows postanowili dokonać jego komiksowej adaptacji, z Moore'm na pokładzie w roli konsultanta. Johnston przełożył prozę na język opowieści obrazkowych w sposób zaskakująco filmowy - niemal każdą stronę dzielą tu na pół dwa długie panele, w związku z czym kartkowanie dzieła przypomina oglądanie stopklatek, a narracja subiektywna aż się prosi o termin "narracja pozakadrowa". Trochę kreskówkowy styl Burrowsa gdzieniegdzie wydawał mi się zbyt umowny, lecz ogólnie rzecz biorąc to - wbrew nijakiej okładce - rysownik wykonał bardzo porządną robotę. Niedziwne, że kilka lat później Moore zaproponował mu współpracę przy kontynuacji "The Courtyard". Problem tkwi w fabule, a dokładniej - w jej charakterze. Historia sama w sobie jest całkiem dobra (średnio podobało mi się niezbyt oryginalne zakończenie), składająca się z kilku bardzo interesujących elementów (narkotyk produkowany w ludzkim mózgu, teoria anomalii), a opowiadana w sposób należycie dla horroru niepokojący i złowieszczy. Rzecz w tym, że Moore nie jest sobą, a próbuje być drugim Lovecraftem. Autor "V jak Vendetta" nie raz już udowadniał, że jest mistrzem stylizacji, tyle że mistrzostwo to było efektem tego, że kolejne wzorce filtrował przez własny styl. A tutaj po prostu imituje "Samotnika z Providence", autora tak samo specyficznego i osobnego. Takiego, którego udawać się nie da.

środa, 6 czerwca 2012

Finał drugiego sezonu Gry o tron...


... nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak finał sezonu pierwszego, ale jest, oczywiście, wystarczająco dobry, abym nie mógł się doczekać kolejnej odsłony ekranizacji słynnej serii. Pewien znajomy poinformował mnie ostatnio, że drugiemu sezonowi bliżej do adaptacji niż ekranizacji, że twórcy do pierwowzoru podchodzą już nieco luźniej. Nie wiem ile w tym prawdy, bo ciągle powieści pana Martina nie dorwałem, jednak zdaje się to być dobrym tłumaczeniem nieco niższego niż wcześniej poziomu serialu. Bo tak moim skromnym cały sezon drugi nie jest AŻ tak dobry jak swój poprzednik.

Jeszcze gdzieś do połowy się zachwycałem, ale niektóre wątki  - z Jonem Snowem na czele - stały się jak dla mnie trochę zbyt naiwne i tym samym przewidywalne, za to motyw z moją (i nie tylko moją) ukochaną Matką Smoków nieco rozwlekły. Wszystko chyba przez zbyt dużą ilość postaci, choć wszystkie nowe bardzo interesujące. Rzecz diabelnie trudna do opanowania na ekranie, niemniej jednak ostatecznie twórcy i tak zgrabnie sobie z tym poradzili. Końcówka sezonu do powrót do bardzo wysokiej formy, ale pewien niesmak mi już pozostał. Osobiście zdecydowanie najbardziej podobał mi się odcinek dziewiąty, gdzie złamany został schemat rządzący wszystkimi pozostałymi. Wszak odcinek ów dotyczył tylko jednego wątku i - że się tak wyrażę - pięknie się nim zajął.

A finał, jak to na porządny finał przystało - masa kluczowych elementów ćwiczących cierpliwość widza. Szkoda tylko, że ostatniej sceny nie chciało mi się już oglądać w kółko, tak jak to było w przypadku pierwszego sezonu. Aczkolwiek dwa razy to chyba nie tak zaraz mało.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Czwarty odcinek drugiego sezonu Gry o tron...


... rozbija bank. Po trzech "odcinkach ekspozycyjnych" nadeszła pora na ten pełniący funkcję jednego wielkiego zawiązania akcji (dla sezonu jako całości, oczywiście). Aczkolwiek ze względu na bardzo mocną dramaturgię do głowy przychodzi też hasło "kulminacja". Ale to tak swoją drogą. Znaczy się nie jest to określenie zbyt trafne, ot chyba nieźle oddaje zaprezentowaną tu dawkę napięcia.

Sporo tu fragmentów, które - jak się zdaje - dyktować będą tonację późniejszych epizodów. Wszystko też wskazuje na to, że w sezonie drugim więcej będzie elementów tradycyjnego fantasy. Co wcale nie martwi, wprost przeciwnie, choć przecież jedną z mocniejszych stron Gry o tron jest dosyć luźne podejście do reguł gatunku (czy może raczej - wybiórcze posiłkowanie się nim). Kto z widzów nie oczekuje niecierpliwie kolejnych scen ze smokami czy "istotami zza muru"? A tu niespodzianka, dochodzi bowiem coś jeszcze (zakończenie, kapitalne zresztą).

Oczywiście już trzy pierwsze odcinki podobały mi się, ale to czwarty jest tym, który przypomina dlaczego ekranizacja dzieł George'a R. R. Martina jest pozycją jedyną w swoim rodzaju. Trochę tylko martwi, że poprzez coraz większą ilość postaci dla części z nich nie ma już tyle miejsca, co wcześniej i że doprowadzi to z czasem do jakiegoś chaosu. Niemniej jednak póki co jestem bardzo usatysfakcjonowany i znowu nie mogę doczekać się odcinków kolejnych.

PS. Miałem plan, aby drugi sezon zacząć oglądać już po zakończeniu jego emisji, tj. chciałem zrobić sobie potem maraton. Wytrzymałem dwa odcinki.

wtorek, 22 listopada 2011

Kino vs. telewizja

Mad Men

"Do niedawna seriale telewizyjne postrzegane były jako ubodzy krewni filmów kinowych. Dzisiaj jednak coraz więcej produkcji realizowanych przez zagraniczne stacje wskazuje na sytuację wręcz odwrotną. Dziesiąta Muza nie jest już w stanie rozwijać się w kinie, gdzie dawno osiągnęła szczyt swoich możliwości. Jej przyszłość leży w rękach telewizji. 

Jeszcze kilka lat temu niezwykle wyrównany poziom kolejnych sezonów danych seriali był ewenementem, teraz zaś staje się normą. Mało tego, coraz większa ilość tytułów wygląda jak najprawdziwsze kino, tak pod względem formy, jak i treści. Nie znaczy to, iż telewizyjne produkcje wreszcie osiągnęły poziom kina, lecz że kino już prześcignęły. Bo w przeciwieństwie do niego nie mają żadnych narracyjnych ograniczeń. Teoretycznie nigdy ich nie miały, ale dopiero ostatnimi laty ich twórcy dostrzegli pełnię możliwości swojego medium. I w końcu zaczęli je wykorzystywać. Oczywiście jest to uogólnienie, wszak ciągle nie brakuje seriali pełnych mankamentów automatycznie kojarzonych z tzw. ograniczeniami małego ekranu. Dalej powstają pozycje, które z czasem przysłowiowo zjadają swój ogon i zaczynają przypominać własne karykatury, czego jednym z lepszych przykładów jest choćby słynna Czysta Krew, z każdym kolejnym sezonem coraz bardziej trywialna, a nawet kuriozalna. Ale serial jako swego rodzaju efemeryda to już tylko stereotyp, który powoli odchodzi w niepamięć. (...)"

Do lektury całego tekstu zapraszam tutaj.