piątek, 1 października 2010

'Sztuka jest aktem przemocy' - kino Nicolasa Windinga Refna (część 2)


Oto czego się nauczyłem. Żeby przetrwać w branży filmowej trzeba nauczyć się dwóch rzeczy: pisania i dystrybucji. Żeby kręcić filmy w branży trzeba nauczyć się dwóch rzeczy: robić dobre filmy i robić je tanio (…) Mniej znaczy więcej. Zanim jednak NWR mógł wypowiedzieć te słowa lata później, przez kilka długich miesięcy musiał żyć w biedzie. Utrzymywany przez rodziców był na skraju załamania nerwowego. Pamiętam dzień narodzin mojej córki. Wracałem do mieszkania po to, by przeszukać je w celu znalezienia jakiejkolwiek zagranicznej waluty, którą mógłbym wymienić na duńskie korony. Po ogromnej komercyjnej klęsce Fear X nie mógł liczyć na finansowe wsparcie ze środowiska filmowego, które bało się już w niego inwestować. Pozostała mu jednak jedna opcja, jeśli chciał pozostać w świecie kina – komercyjny pewniak. A takim było tylko nakręcenie kontynuacji swojego najbardziej dochodowego tytułu, ciagle pamiętanego przez duńską publiczność. Tyle, że sukces jednego filmu, to za mało dla niezależnego filmowca, by wyjść z tak dużego długu. W ten sposób z Pushera zrobiła się trylogia.

Początkowo zmuszał się do wymyślenia nowych historii ze starego universum, bo czuł, że się zwyczajnie sprzedaje. Ale nieoczekiwanie pisanie ich zaczęło sprawiać mu przyjemność. Powróciła pasja tworzenia, efektem czego powstały dwa świetne scenariusze, równie świeże i ciekawe jak część pierwsza. A to, jak wiadomo, w kinie zdarza się niezwykle rzadko. Pierwszy napisał w ciągu trzech tygodni, drugi w ciągu zaledwie jednego, po kilkudniowej przerwie. Co ciekawe za główną inspirację tym razem podawał serial telewizyjny, Rodzinę Soprano. Telewizja jest obecnie chyba dużo bardziej pomysłowa niż kino - mówił. Gdy ogłosił, że szuka sponsorów i producentów do sfinansowania ich realizacji, zgłosiła się do niego niezależna reżyserka filmów dokumentalnych, Phie Ambo. Zaproponowała mu, oczywiście za odpowiednie wynagrodzenie, nakręcenie dokumentu poświęconego jego staraniom o realizację tych filmów. NWR zgodził się i w ten sposób powstał obraz pt. Gambler


Pieniądze udało się zaskakująco szybko uzbierać i NWR natychmiast zabrał się za realizację Pushera II (w niektórych krajach z podtytułem Krew na rękach, tudzież Z krwią na moich rękach). Jednocześnie, w trakcie jego produkcji, cały czas zbierał pieniądze na część trzecią, której realizację rozpoczął natychmiast po skończeniu dwójki. W międzyczasie ogłosił konkurs o nazwie Pusher II Soundtrack Hunt. By film śmierdział niezależnością i autentycznością zależało mu na piosenkach skomponowanych wyłącznie przez muzyków undergroundowych. Łącznie zgłoszono 622 utwory, w soundtracku wykorzystano 16 z nich. W gronie wybranych artystów znalazł się też autor muzyki do debiutu NWR, Peter Peter, który tu podpisał się jako The Bleeder Group.

Co ciekawe, wsród aktorów odtwarzających kolejne postaci w obu filmach znalazło się sporo autentycznych kryminalistów. Nie dlatego, że reżyser ich szukał, ale dlatego, że sami się zgłosili na casting, a nieświadomy ich życiorysów NWR ich po prostu wybrał. Gdy w końcu pochwalili się swoimi historiami, obiecał nie wyjawiać ich nazwisk prasie. Za dowód jego prawdomówności może posłużyć następujący fakt: odtwarzający postać Vanji, Vasilije Bojicic, został w 2006 roku (czyli rok po premierze Pushera III) skazany na 8 lat więzienia i deportowany do Bośni za próbę przemytu heroiny. Sam NWR miał powiedzieć o nich, że to twardzi ludzie, ale cały czas tkwił w nich jakiś smutek. Dokładnie jak bohaterowie jego filmów.

 
Główną postacią drugiej części trylogii jest wychodzący właśnie z więzienia skinhead Tonny (w tej roli ponownie kapitalny Mads Mikkelsen), najlepszy przyjaciel bohatera części pierwszej. Nie mając co ze sobą zrobić, zgłasza się do swojego ojca, Smedena, prosząc o pracę. Ten oficjalnie prowadzi samochodowy warsztat, a w rzeczywistości jest lokalnym gangsterem zajmującym się głównie kradzieżą aut. Na horyzoncie pojawia się niespodziewanie Charlotte (prawdopodobnie prostytutka, choć może zwykła puszczalska – nie jest to wyjaśnione) z niemowlakiem, którego - jak twierdzi - Tonny jest ojcem. A do tego drobny alfons i dealer, Kusse Kurt, który wciąga go w niemałe tarapaty.

Pusher II jest zupełnie inny od części pierwszej, bo jest społeczno-obyczajowym dramatem, dla którego gangsteryzm jest jedynie tłem. Bo jak mówił reżyser, nie interesuje go wcale środowisko przestępcze, lecz ludzie, którzy w tym środowisku żyją. Wielowątkowa narracja faktycznie bardziej przypomina strukturę współczesnych seriali telewizyjnych niż zwykłego filmu kinowego. Głównym tematem jest tu samotność bohatera oraz relacje ojciec-syn. Tonny za wszelką cenę chce zaimponować swojemu apodyktycznemu ojcowi, ale jako że nie grzeszy inteligencją, to niekoniecznie mu to wychodzi. Właściwie im bardziej się stara, z tym większą pogardą się spotyka. A Smeden wymagania ma spore, do tego całą uwagę skupia na prowadzeniu swojego biznesu oraz wychowywaniu młodszego synka. Tonny w jego oczach uchodzi za zwykłego nieudacznika, zresztą nie tylko w jego. Charlotte, matka jego dziecka, za którego poczęcie Tonny odpowiedzialności nie chce wziąć, ma go za kompletnego idiotę i chce od niego jedynie pieniędzy na utrzymanie. Których mu oczywiście brakuje. Z kolei Kusse Kurt obwinia go za wpadkę przy narkotykowym dealu i wciąga w swój dług, który będzie miał z czasem dosyć zaskakujące konsekwencje.


Głównym bohaterem ostatniej części (w niektórych krajach z kiczowatym podtytułem Jestem aniołem śmierci)jest narkotykowy boss Milo (w tej roli po raz trzeci świetny Zlatko Buric). Doświadczony gangster po latach ćpania decyduje się wreszcie na heroinowy detoks. Przy okazji ma też sporo na głowie, co nie ułatwia mu zadania. Oto obiecał swojej rozpieszczonej córce, że zajmie się organizacją jej przyjęcia urodzinowego, przy czym cały czas prowadzi swój narkotykowy biznes. Podczas jednej z transakcji dochodzi do pomyłki i w ręce Milo zamiast heroiny trafia extasy. Milo nie ma o tym narkotyku pojęcia, ale z nieba spada mu pewien pośrednik obiecujący szybkie znalezienie kupca. Tyle, że pośrednik bierze jego towar i już nie wraca, a albańscy gangsterzy domagają się za extasy należnych im pieniędzy. Milo ma niewiele czasu na rozwiązanie problemu, a tymczasem zaczyna się już przyjęcie jego córki.

I Tonny i Milo są już zupełnie innymi postaciami niż w części pierwszej, bo NWR ukazuje ich w zupełnie nowym świetle. U Tonny’ego wiąże się to z nostalgicznym powrotem na stare śmieci, niespodziewanym ojcostwem i wreszcie brakiem towarzystwa Franka, przy którym czuł się pewnie. Ze znanego nam hedonistycznego cwaniaka staje się życiowym wykolejeńcem, który musi wreszcie dorosnąć. Milo z kolei nie jest już po prostu gangsterem, poznajemy go wreszcie jako zatroskanego ojca i starzejącego się człowieka próbującego uwolnić się od zabójczego nałogu (co przy nawale frustrujących sytuacji jest coraz trudniejsze). Nagle w połowie Pushera III z trzech różnych wątków powstaje nowy, związany z handlem żywym towarem. I to on okazuje się tu niespodziewanie najważniejszy, przypominając dającym się wcześniej zmanipulować widzom, jak ciągle nieprzyjemnym i niebezpiecznym człowiekiem potrafi być Milo.


W obu filmach NWR bardzo ciekawie mówi o odpowiedzialności i moralności, przy czym należy podkreślić, że filmy te wcale moralitetami nie są. Ich bohaterowie nie są też przez reżysera osądzani. Pytania o odpowiedzialność za ich niemoralne czyny pozostawia widzom, których emocjami z wielką łatwością kontroluje. W końcu wszystko, co się dzieje na ekranie jest dokładnie uargumentowane. Jeśli Tonny chce właśnie kogoś okraść, to życzymy mu powodzenia z całego serca, bo znamy i rozumiemy jego sytuację oraz motywację. Jeśli Milo kogoś brutalnie katuje, to słusznie, bo owy ktoś sobie na to zasłużył. Przecież dokładnie widzieliśmy, że sobie zasłużył. To analogiczne sytuacje do tego, co widzieliśmy w pierwszym Pusherze (pojawiają się tez do niego ciekawe nawiązania). Przygnieciony do muru Frank robił wszystko, byle się wydostać z opresji. I czy pomóc miało mu oszustwo, pobicie czy jakikolwiek inny terror, jaki stosował na otaczających go ludziach, widzowie mu kibicowali. Byle do przodu.

NWR ciagle podkreśla, że za każdym razem stara się by jego kolejny film był zupełnie inny od poprzedniego. Jeśli ktoś nie wie kim jest i co charakteryzuje jego kino, to z pewnością widząc Fear X zbyt szybko nie powie, że to robota autora Bleedera, tak jak widząc Valhalla Rising nie powie, że jej twórca ma coś wspólnego z Bronsonem. Pusher II i III to jedyne w twórczości NWR wyjątki (pomijam tu paradokumentalną konwencję łączącą je z pierwszą częścią, bo i zresztą zdjęcia z ręki oraz surowość cechują niemal każdy jego obraz). Napisane jeden po drugim mają niemal identyczną serialową konstrukcję scenariusza – choć trzecia część w pewnym momencie korzysta z tego bardzo nietypowo, o czym było powyżej. Zresztą niedawno do reżysera zgłosiła się pewna amerykańska stacja telewizyjna z propozycją zrobienia z trylogii serialu (czy coś z tego wyjdzie – czas pokaże). Tym, co te filmy różni jest przede wszystkim nastrój wynikający z położenia bohaterów. A jak wiadomo najlepszym narzędziem do podkreślenia nastroju jest muzyka. W drugiej części trylogii dominuje smutna, melancholijna elektronika, choć przewija się też muzyczny motyw jak żywcem wyjęty z sensacyjnego kina lat 80. Z kolei w trójce mamy do czynienia z upiorną psychodelą przypominającą jakieś naprawdę szalone kino grozy. Nadaje to filmowi niemal apokaliptycznego klimatu, co wbrew pozorom doskonale do niego pasuje. Jest to chyba zresztą najmocniejsze dzieło NWR. Ze względu na swój eksperymentalny i ekstremalny charakter, jest to jego ulubiona część trylogii. Zresztą nie tylko jego, bo część krytyków chwali Pushera III jako najciekawszy i najdojrzalszy film w karierze szalonego Duńczyka.


Pusher II z miejsca odniósł duży sukces, jednak wraz z premierą części trzeciej pojawiła się sytuacja, która miała status NWR jako twórcy bezkompromisowego podważyć. Oto bowiem wpływowy duński magazyn Politiken całkiem zmieszał z błotem w swojej recenzji Pushera III. NWR bojąc się negatywnego wpływu krytyków na kinową frekwencję, napisał list do innego wielkiego pisma, Berlingske, gdzie wyjaśniał swoją niestabilną sytuację i prosił o pozytywną recenzję. Jego redaktorzy o całej sprawie napisali artykuł publikując przy okazji ten list, a na filmie nie zostawili oczywiście suchej nitki. Wpływ obu gazet okazał się jednak niewystarczający – Pusher III spodobał się publiczności tak samo, jak poprzednie części, a tym samym sprawił, że reżyser odbił się od dna. Spłacił dług, trochę zarobił i był gotów zająć się nowymi projektami. Zgłosił się do niego Lars Von Trier z propozycją zrealizowania jego scenariusza pt. Moja droga Wendy, lecz NWR odmówił. Co ciekawe, w jednym z wywiadów wspomniał, że w przypływie natchnienia napisał też nowelę filmową do Pushera IV. Pozostała ona jednak w szufladzie i nic nie wskazuje na to, by została kiedyś z niej wyciągnięta.

Jeszcze podczas realizacji dokumentu Gambler, NWR wspominał o scenariuszu horroru pt. Benny’s People. Pamiętając jednak jak ciężko kręciło mu się Fear X oraz jego późniejsze niepowodzenie, postanowił ten - ponoć podobny stylistycznie -  projekt odłożyć na później. Zajął się za to pisaniem nowego scenariusza, który okazał się niezwykłym zlepkiem skrajnie różnych inspiracji. Pierwszą z nich była historyjką o ojcu i synu wyprawiającyh się w podróż na Księżyc, jaką jeszcze w dzieciństwie opowiedziała mu mama. Drugą była historyczna sensacja mówiąca o tym, że to Wikingowie odkryli Amerykę, jeszcze we wczesnym Średniowieczu. Kolejna przyszła podczas jednej z wielu bezsennych nocy. Gdzieś nad ranem do głowy NWR wpadł pomysł na niezwykłą postać – jednookiego, niemego wojownika pozbawionego przeszłości, któremu przyjdzie stać się bogiem. Te trzy rzeczy połączył marzeniem o stworzeniu filmu sci-fi pozbawionego zaawansowanej technologii, kosmosu i akcji dziejącej się w odległej przyszłości. W ten sposób powstała pierwsza wersja scenariusza pt. Valhalla Rising, planowanego jako szalony film akcji z wyprawą do samego piekła w roli głównej. Ale zanim NWR wziął się za swój najlepszy jak dotąd film, do jego drzwi zapukał jego stary przyjaciel, Rupert Preston (przypomnijmy: człowiek oddpowiedzialny za dystrybucję wszystkich jego filmów w UK oraz producent wykonawczy Pushera III). Przyszedł oczywiście z propozycją innego projektu, który z miejsca Duńczyka zainteresował.


Michael Peterson od małego wiedział, że jest inny niż wszyscy. Od zawsze też chciał być gwiazdą, ale nie mając ani talentu wokalnego ani aktorskiego, nie wiedział jak ma tego dokonać. Wszystko zmieniło się, gdy pewnego dnia w 1974 roku przyszedł do lokalnego urzędzu pocztowego w celu obrabowania go. Dostał za to siedem lat odsiadki, lecz więzienie nieoczekiwanie spodobało mu się. Okazało się dla niego jednym, wielkim bezpłatnym hotelem. Wpadł mu też wreszcie pomysł jak zostać słynnym artystą – swoją sztuką uczynił terror i przemoc. Gdy bił kolejnych strażników i współwięźniów, okazjonalnie doprowadzając do więziennych buntów, dochodziły mu kolejne wyroki. Wreszcie przyszło mu opuścić penitencjarne mury. Błąkając się bez celu spotkał prawdopodobnie jednego z nielicznych więziennych kolegów, którego nigdy nie pobił. A ten zaproponował mu udział w nielegalnych walkach ulicznych. Jednak nazwisko Michael Peterson nie brzmiało zbyt dobrze, więc wymyślił sobie artystyczny pseudonim, wielce wymownego Charlesa Bronsona. Po dziesiątkach walk wreszcie powrócił za kratki. Ale nie był już Petersonem, był Charlesem Bronsonem z krwi i kości. Łącznie w kolejnych więzieniach i zakładach psychiatrycznych spędził 36 lat, z czego 30 w samych izolatkach. I siedzi do dziś.


Scenariusz autorstwa niejakiego Brocka Normana Brocka o życiu tego najniebezpieczniejszego więźnia Anglii przechodził z rąk do rąk przez kolejne lata nie mogąc trafić na właściwego realizatora. Aż wreszcie trafił do Ruperta Prestona, a ten natychmiast skontaktował się z NWR. Duńczyk postawił jeden warunek: przerobi ten scenariusz wedle własnego widzi-mi-się. Preston postawił też własny warunek: będzie głównym producentem filmu. Nie trzeba chyba dodawać, że obu panom te warunki bardzo odpowiadały. Efektem tego powstał najbardziej postmodernistyczny, najbardziej kontrowersyjny, wreszcie najbardziej znany obraz w karierze NWR. I być może najbardziej oryginalny dramat biograficzny w całej dotychczasowej historii kina.

Duńczyka nie interesowała postać prawdziwego Bronsona, lecz sam temat jego przemiany. W związku z czym nawet się z nim nie próbował kontaktować. Tym, co go do scenariusza przyciągnęło, była możliwość własnej interpretacji czyjegoś autentycznego żywota. Samemu obrazowi daleko więc do klasycznego filmu biograficznego. Jest niezwykle umowny, tragikomiczny i po brzegi wypełniony autoironią, swoją formą zaskakująco awangardowy. To życiorys opowiedziany przez głównego bohatera występującego właśnie na scenie przed wyimaginowaną publicznością. Opowiedziany nie tylko poprzez tradycyjne retrospekcje będące wyliczanką autentycznych wydarzeń, lecz także oczyma jego wyobraźni. To niekończący się show szalonego zabijaki, który chciał być kimś.


NWR mówił, że potraktował historię Bronsona bardzo osobiście. W filmie pojawia się zresztą ślad biografii Duńczyka – młody Peterson wybucha podczas szkolnych zajęć złością i rzuca ławką o ścianę. Tyle, że jeszcze bije nauczyciela (czyżby niespełnione marzenie niedoszłego absolwenta Amerykańskiej Akademii Sztuk Dramatycznych?). Sam Bronson pasował też idealnie do galerii samotnych antybohaterów, których NWR tak lubi, bo są wilkami wśród owiec, niezależnymi kroczącymi własnymi ścieżkami, którzy do niczego nie przynależą (jak sam reżyser, stale podkreślający swoje outsiderstwo). Ale to, co w tym obrazie najbardziej dla Duńczyka osobiste, to przemiana bohatera, pojawienie się jego alter ego. W wywiadach mówił, że Bronson kończy pierwszy etap jego twórczości i zwiastuje nowe. I faktycznie, jest w tym niemałe coś.

Pomijając wspomnianą eksperymentalną formę i wynikającą z niej nietypową narrację, w oczy rzuca się inne niż we wcześniejszych dziełach NWR ukazanie przemocy. Michael Peterson vel Charles Bronson potraktował ją jako środek do celu. W poprzednich tytułach Duńczyka dominowała przemoc psychologiczna, a ta fizyczna pojawiała się tylko czasami, lecz była niezwykle intensywna. NWR zależało na tym, by jej nie gloryfikować, lecz ukazywać możliwie najbardziej realistycznie. Nie było mowy o żadnym efekciarstwie, o terrorze, o którym jakiś nastolatek mógłby powiedzieć cool. Przemoc w jego filmach była odpychająca i przerażająca, jak w prawdziwym życiu. W Bronsonie wzięta jest za to w cudzysłów. Jest jej dużo i jest efektowna, bo stanowi nierozerwalną część spektaklu, który ma nas przekonać do słuszności stosowania jej w wyższym celu. Co wcale jednak nie znaczy, że NWR się na niej skupia. Często bowiem gra tu widzowi na nosie - ogranicza się do jej fragmentarycznego ukazywania w kolejnych sekwencjach zgęszczonych. W końcu przemoc była jedynie narzędziem w rękach Bronsona, najważniejsza jest tu jego psychika, nie pięści. Mimo licznych bójek, widzowie oczekujący nieustannego mordobicia będą srogo zawiedzeni.


Bronson miał swoją premierę w 2008 roku i natychmiast zrobiło się o nim głośno, a (iście mistrzowsko) odtwarzający główną rolę Tom Hardy przebił się wreszcie do aktorskiej pierwszej ligi. Ze względu na akty przemocy kontrastowana z muzyką klasyczną, krytycy ciągle wypytywali o inspiracje kinem Stanleya Kubricka. NWR stanowczo jednak zaprzeczał rzekomemu zapatrzeniu na Mechaniczną pomarańczą, za swoją inspirację podając eksperymentalną twórczość niesławnego Kennetha Angera, zwłaszcza zaś dwa jego tytuły: Inauguration of the Pleasure Dome oraz Scorpio Rising. Kontrowersyjny Bronson zwrócił uwagę całego filmowego świata na młodego Duńczyka i posypały się propozycje współpracy. Do jego drzwi zapukało ponownie Hollywood – wielkie wytwórnie chciały, by zajął się ekranizacją nowej wersji Dr. Jekylla i Mr. Hyde’a, ofertę wspólnego projektu złożył Gore Verbinsky (Piraci z Karaibów), a na jego biurku wylądował też scenariusz dramatu sensacyjnego autorstwa Paula Schredera (Taksówkarz, Wściekły byk). Ale póki co, twórcy Bleedera zależało tylko na jednym. Za świeżo zarobione pieniądze wykupił swoich ex-partnerów, by posiadać absolutnie wszystkie prawa do Valhalla Rising, którego realizacją natychmiast się zajął.


Akcja dzieje się gdzieś na przełomie X i XI wieku. Głównym bohaterem jest niemy wojownik nieznanego pochodzenia (w tej roli ulubiony aktor NWR, Mads Mikkelsen), który ze względu na wygląd zyskuje sobiem z czasem imię Jednooki. Jest on - prawdopodobnie od wielu lat - niewolnikiem pogańskich szkockich plemion, które wystawiają go do walk za pieniądze. Wykorzystując jedną z licznych nawiedzających go wizji, uwalnia się, przy okazji mordując bezlitośnie kogo się da. Oszczędza jedynie małego chłopca, który zajmował się dostarczaniem mu wody i pożywienia. Razem wyruszają w podróż, ale szybko na ich drodze staje grupa chrześcijańskich Wikingów.

Pamiętam, że tuż po premierze filmu na jednym ze światowych festiwali, trafiłem gdzieś w necie na recenzję, której niezbyt zadowolony z seansu autor pisał coś w stylu: Zbyt brutalne dla fanów kina artystycznego, zbyt wolne i ambitne dla fanów kina gatunkowego. Film dla nikogo. Trzeba przyznać, że Valhalla Rising faktycznie nie posiada czegoś takiego, jak grupa docelowa. To obraz dla lubiących kino niekonwencjonalne. Tylko tyle lub aż tyle. Z planowanego kina akcji powstała raczej jego dekonstrukcja. Wszystko to za sprawą Bronsona, gdzie działo się bardzo dużo. Po raz kolejny NWR nie chciał się powtarzać, więc zmienił koncepcję na film, tak by się od wspomnianej biografii bardzo różnił. Duńczyk wręcz droczy się tu z widzem - akcja zamiast się zagęszczać, to się rozrzedza. Kolejne brutalne starcia są często sugerowane, ale do faktycznych potyczek dochodzi stopniowo coraz rzadziej. I z zaskakującą konsekwencją ukazywane są coraz mniej efektownie (nie bez powodu oczywiście). Tym, na czym się tu reżyser skupia najbardziej, jest – nie tylko fizyczna - podróż w nieznane.


Dranie z nich, z tych czcicieli Chrystusa. Jeden człowiek, który dużo podrózuje mówił mi, że jedzą własnego boga. Jedzą jego mięso, piją jego krew. To obrzydliwe. I nienawidzą nas, chcą nas wybić. Módł się do bogów, by nas strzegli. My mamy wielu bogów, oni tylko jednego – mówi wódz szkockiego plemienia do jednego ze swych podwładnych. Bo Valhalla Rising to film mówiący też o wojnach religijnych, dzięki czemu zdaje się być tytułem bardzo na czasie. Ukazując Krzyżowców zajmujących się wybijaniem kolejnych poganów, NWR pokazuje jak jedna religia niszczy drugą, a proces ten zdaje się nie mieć końca. Film okazuje się postmodernistyczną miksturą wielu religijnych symboli i opowieści, by wreszcie jedna z postaci mogła wykrzyknąć, że Boga nie ma. Ale jest, bo wyrasta na niego główny bohater. Przyłączając się do chrześcijańskich Wikingów i ich krzyżowej wyprawy mającej na celu odbicie Ziemi Świętej, Jerozolimy, prowadzi ich do nieznanych europejskim cywilizacjom terenów. Swoim wyglądem przypominający jeden z wizerunków Odyna, zdaje się być dla nich nieuniknioną karą za odwrócenie się od skandynawskich wierzeń.

Duńczyk spełnia tu swoją ambicję zrealizowania obrazu sci-fi pozbawionego podstawowych elementów tego gatunku. Tworzy fantastykę za pomocą samej psychologii, nastroju czy metafory. Oto klaustrofobiczna przeprawa łodzią przez nieznane wody z towarzystwem wszechobecnej mgły, przypomina podróż statkiem kosmicznym. Przypadkiem odkryte ziemie Ameryki ukazane są jak jakaś obca planeta, a ich rdzenni mieszkańcy niczym nieznana ludziom kosmiczna cywilizacja. Przy czym wszystko wygląda dla bohaterów zaskakująco znajomo, jak gdyby błądzili w kółko. Tylko, że nigdy wcześniej nie zdarzało im się tak bardzo bać i znajdować na skraju obłędu. Bo nigdy wcześniej nie zdarzyło im się trafić do samego piekła.


Valhalla Rising to najbardziej niepokojący i enigmatyczny obraz w dotychczasowej filmografii Duńczyka. Ze względu na nieśpieszne tempo akcji i niezwykle mroczny klimat, kojarzyć się może z Fear X, jest jednak od niego dużo bardziej upiorny i złowieszczy. Niemal pozbawiony dialogów, wypełniony psychodeliczną muzyką kontrastowaną tylko z ciszą i odgłosami wszechobecnej natury, z masą ekstremalnych zbliżeń i zwolnionych ujęć, których bohaterowie wyglądają jak zastygające w ruchu zjawy. Film przypomina projekcję koszmaru sennego jakieś szaleńca. Sam NWR mówi, że prawdopodobnie taki obraz nakręciłby Michael Peterson/Charles Bronson, gdyby tylko ktoś dał mu do ręki kamerę. 

Duńczyk mówił, że przed i w trakcie produkcji nie miał żadnych inspiracji, co sprawiało mu pewien kłopot. Nie mając się do czego odnieść, bał się, że zabłądzi. Już po realizacji filmu stwierdził z kolei, że w tym filmie skumulowały się wszystkie jego fascynacje z czasów młodości – od spaghetti westernów i japońskiej chambary, przez kino Terrence’a Malicka, Wernera Herzoga i nawet Andrieja Tarkowskiego, po literaturę Josepha Conrada. Valhalla Rising na światowych festiwalach zebrała skrajnie różne opinie, ale po raz kolejny zwróciła uwagę niemal całego filmowego światka na twórcę Pushera. O sukcesie komercyjnym nie było mowy, ale od początku NWR wcale to nie interesowało. Ważne, że film wygląda tak, jak sobie tego zażyczył, że ma do niego wszystkie prawa, że się zwrócił, że ciągle zainteresowane nim były wielkie wytwórnie.


Przede wszystkim stale aktualne były oferty w związku z nową wersją Dr. Jekylla i Mr. Hyde’a oraz ekranizacją scenariusza Paula Schredera. Tyle, że negocjacje i szukanie sponsorów przeciągało się, a Duńczyk miał już doświadczenie w tym stylu. Otóż już po premierze Pushera III dostał ofertę z Hollywood. Przeprowadził się wówczas na dłuższy czas do Los Angeles, gdzie zajął się preprodukcją pewnego nieznanego dotąd tytułu. Mimo prawie roku czasu, jaki na to poświęcił, nic z tego nie wyszło i wówczas zajął się pisaniem Valhalla Rising i wreszcie realizacją Bronsona. Pamietając to doświadczenie nie próżnował i w trakcie przygotowań do nowych hollywoodzkich projektów, zajął się pisaniem autorskiego scenariusza o do bólu spaghetti westernowym tytule – Only God Forgives. Póki co niewiele o planowanym filmie wiadomo. Ma to być uwspółcześniony western z akcją dziejąca się w Bangkoku, zaś głównymi bohaterami są policjant i gangster, którzy swój konflikt mają rozwiązać w meczu boksu tajskiego. Zmartwienia NWR okazały się prorocze – oba hollywoodzkie projekty upadły w ciągu ledwie weekendu. Przygotowany na taką ewentualność Duńczyk natychmiast rozpoczął preprodukcję Only God Forgives. Tyle, że wtedy pojawiła się kolejna propozycja.

Znany amerykański aktor młodego pokolenia, Ryan Gosling, zaangażowany był już w realizację filmu pt. Drive, która nie posiadała jeszcze reżysera. Gdy obejrzał Bronsona oraz trylogię Pusher, natychmiast zgłosił się do wytwórni z prośbą o zatrudnienie Duńczyka. A ten - zachwycony i scenariuszem Hosseina Aminiego i nowelą autorstwa Jamesa Sallisa, na podstawie której powstał - zgodził się. Przez dwa miesiące wraz ze scenarzystą przerabiał jeszcze po swojemu historię, wreszcie zdjęcia rozpoczęły się 20 września. Jednocześnie wcale nie przerwał preprodukcji Only God Forgives, w ten sposób doprowadzając do sytuacji, w jakiej był z Pusherem II i III oraz Bronsonem i Valhalla Rising. Co, jak się okazuje, bardzo polubił: Takie kręcenie filmów jest jak seks z dwoma dziewczynami. Podwójna robota, ale podwójna przyjemność.


Głównym bohaterem Drive jest hollywoodzki kaskader, który z nadmiaru adrenaliny zatrudnia się też jako kierowca u gangsterów specjalizujących się w napadach. Kiedy jednak jedna z akcji kończy się fiaskiem, cała wina spada na niego. Wówczas zmuszony jest przed nimi uciekać. Obraz zapowiadany jako miks kina akcji i melodramatu, będzie prawdopodobnie najbardziej gatunkowym tytułem w karierze Duńczyka. Czy będzie to film typowo rzemieślniczy, czas pokaże, ale pamiętając jak pokazał biografię Michaela Petersona, możemy być chyba dobrej myśli. NWR bardzo cieszy się ze swojego debiutu w hollywoodzkim systemie produkcyjnym, licząc na ciekawe doświadczenie. Po którym z pewnością nie zabraknie środków na Only God Frogvies, którego realizację zamierza rozpocząć jeszcze w trakcie post-produkcji amerykańskiego filmu. A przy tym trzeba wspomnieć, że w ostatnich wywiadach ciągle mówił o swieżo napisanym scenariuszu, pt. I Walk With the Dead. Jedyne, co o tym wiadomo, to że ma być thrillerem erotycznym dziejącym się w Miami. Bo ponoć Refnowi od zawsze marzył się film wypełniony seksem po brzegi, a Miami jest dla realizacji takiego kina stworzone (czyżby inspiracja neo-noirowym Żarem ciała Lawrance’a Kasdana?). Mając już jednak przeróżne doświadczenie w branży filmowej, ciągle podkreśla, że nigdy nie wiadomo co się ostatecznie wydarzy. Być może już w najbliższy piątek moje plany zmienią się o 180 stopni. Cóż, w końcu o horrorze Benny's People mówił jeszcze po premierze Bronsona, zapowiadając go jako projekt, za który weźmie się zaraz po Valhalla Rising. A jak wiadomo, horror ten nie powstał, zaś Duńczyk na ten temat ciągle milczy.

Zbliżamy się do końca, a ja niestety z podsumowaniami mam niemały problem. Ale spróbuję. O tym, że NWR jest jednym z najciekawszych i najlepszych współczesnych reżyserów i scenarzystów pisać chyba już nie muszę. Ale jest jedna rzecz, o której nie wspominałem, nie wprost, a która wydaje mi się tu bardzo istotna. Tym czymś jest katharsis, coś czego we współczesnym kinie brakuje chyba coraz częściej. Przy czym nie chodzi tu wcale o katharsis uczone w kolejnych szkołach filmowych, gdzie jest tylko jednym z punktów realizacji standardowego scenariusza, gdzieś między rozwiązaniem akcji i obowiązkową przemianą bohatera. Bo NWR, na szczęście, tych zasad nie wpojono, a oczyszczenie w jego kinie często dzieje się najwcześniej w trakcie napisów końcowych i niełatwo się z niego otrząsnąć. To katharsis, z którego dumni byliby starożytni Grecy – mocne, nieprzyjemne i szczere. Nie lubicie sztuki starożytnej Grecji? NWR i tak polubicie. Ewentualnie znienawidzicie. To kolejna cecha jego kina, obojętnie nie da się obok niego przejść. Męczy lub zachwyca, irytuje lub rozkochuje. Przekonajcie się. I posłuchajcie, co sam reżyser ma na temat artyzmu do powiedzenia, co oczywiście ściśle związane jest z jego twórczością: Nie interesuje mnie przemoc, ale uważam, że sztuka jest aktem przemocy. Bo sztuka jest właściwie penetracją (…) Gdy cię penetruje, zostaje w tobie, staje się częścią ciebie. I jeszcze coś: Jak wszystkie formy sztuki, kino jest medium tak potężnym, jak bronie masowego rażenia. Różnica polega na tym, że tam gdzie wojna niszczy, sztuka inspiruje.

-------------------------
Część trzecia za jakieś 7 lat.

14 komentarzy:

  1. "Duńczyk mówił, że przed i w trakcie produkcji nie miał żadnych inspiracji, co sprawiało mu pewien kłopot."'

    Kłamczuch z niego:)... Thriller:A Cruel Picture leży już u samych podstaw tworzenia postaci jednookiego(o samotnym wilku/shogun assasin nie wspominam bo to mogło faktycznie wyjść w praniu - 'thriller' nie mógł....)

    I prawda to że VR to film w pustkę... c iekawe jakie pieniądze na tym zarobił, czy w ogóle coś zarobił...

    Odnosząc się do tego że napisałeś o nim "jeden z najlepszych" - przesada, R. nie jest wirtuozem to raczej "kino szalenca", z dużymi przywarami a czasem nawet niedoruchane - ale na pewno jest jednym z najciekawszych reżyserów i najgodniejszych uwagi. Powiem szczerze że Refen mi przywraca wiarę w kino. Ten koleś naprawdę inspiruje i dzięki takim ludziom się jeszcze co dziennie z łóżka jestem w stanie podnosić , bo może jednak warto ...

    OdpowiedzUsuń
  2. "Thriller: A Cruel Picture"... Kurczę, w życiu bym tego nie powiązał z "Valhallą", chociaż nie twierdzę, że porównanie jest bez podstaw. Ale to zły film. Bardzo zły. Życzę powodzenia. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zły to jest brejvhart i amelia. Thriller: A Cruel Picture jest jednym z najlepszych exploitation z nurtu rape and revenge. Z tych co widziałem (nie jestem fanem co prawda ) lepszy był tylko "kaliber 45" ferrary.

    OdpowiedzUsuń
  5. No Amelia zło wcielone , " to diabeł a może nawet sam szatan"(na filmwebie ten tekst ostatnio wy haczyłem -znakomity)

    KKK? Kyrtaps Kocha Krucyfiks?

    OdpowiedzUsuń
  6. Potrafię zrozumieć, że "Thriller: A Cruel Picture" może się podobać, ale sam nigdy nie wyrobiłem w sobie uznania dla tego rodzaju kina, wydaje mi się zresztą, że już u swoich podstaw złego. Nie znam nurtu exploitation, ale też "Thriller" jest jednym z tego powodów. Jak zwał tak zwał zresztą... "Thriller" uważam za wulgarny chłam bez grama artystycznego wyrafinowania, za to ze ślamazarnym tempem (któremu nieustanne i bardzo irytujące zwolnienia nie pomagają) i sztampową historią. Trzeba się z tym pogodzić i żyć dalej. Amelii w to nie mieszajmy. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. Thriller jest 100 razy bardziej artystyczny i bezkompromisowy niż amelka. "Cruel Picture" to znakomity film. Nie suchaj go Marcin, o nie wie co mówi.

    OdpowiedzUsuń
  9. tzn znakomity w cudzysłowie... ale ty na bank go do cenisz bo to unikalny crap. Na szczęście Refen nie myśli o kinie tak jak Arek Szpak.

    OdpowiedzUsuń
  10. "Na szczęście Refen nie myśli o kinie tak jak Arek Szpak."

    Też uważam, że to dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  11. dzięki za ten tekst, nie mogę się doczekać "Drive" i chętnie dowiedziałam się więcej o reżyserze bo znałam tylko jego "Bronsona".

    OdpowiedzUsuń
  12. Wie ktoś w jaką rolę i dokładnie w którym momencie Pusher 3, wcielił się REFN ?

    OdpowiedzUsuń

anonimie, podpisz się