czwartek, 9 stycznia 2014

Ulubione 2013 (kino, komiks, a nawet - o zgrozo - muzyka)

W zeszłym roku wyjątkowo mało razy trafiłem do kina i nie zaliczyłem też ani jednego festiwalu, choćby częściowo. W związku z tym jestem teraz jeszcze bardziej w tyle, niż w latach wcześniejszych. Na listę wrzuciłem więc nie tylko pozycje, które w ostatnich 12 miesiącach trafiły do polskich kin, ale też te, o których zobaczeniu u nas na dużym ekranie można niestety tylko pomarzyć. Z rankingu wyleciały dwa tytuły, które niedawno wyliczałem wśród ulubionych horrorów XXI w. Dodam tylko, że najgorsze filmy roku to w moim mniemaniu "Gangster Squad" oraz "Maczeta zabija", a rozczarowaniem roku okazała się "Grawitacja". No ale do rzeczy:

10. "Uciekinier" (Jeff Nichols)
Gdyby Cormac McCarthy był filmowcem, a jego największą inspiracją była twórczość Marka Twaina. Piękna staroświecka ballada. Nieco więcej.



9. "Kartel" (Johnnie To)
Minimum dialogów, maksimum napięcia. Powalający finał (trup policjanta przypięty kajdankami do nogi uciekającego gangstera esencją całego gatunku).



8. "We Are What We Are" (Jim Mickle)
Rodzina kanibalizmem stoi. Wzorcowy remake (lepszy od meksykańskiego oryginału), zdecydowanie najlepszy film Mickle'a i jeden z najlepszych horrorów ostatnich lat. 



7. "Spring Breakers" (Harmony Korine)
Korine wreszcie w wersji pop i od razu rozbija bank.




6. "Drogówka" (Wojtek Smarzowski)
Smarzowski w krainie sensacji. Więcej.



5. "Django" (Andrzej Wajda)
Wiadomo.



4. "Pacific Rim" (Guillermo Del Toro)
Blockbuster roku, nieważne którego.



3. "Tylko Bóg wybacza" (Nicolas Winding Jodorowsky)
R.I.P. fani "Drive". Więcej.



3. "Polowanie" (Thomas Vinterberg)
Zabić pedofila.



3. "Nameless Gangster" (Jong-bin Yun)
Koreański następca Scorsese z bohaterem będącym kuzynem Nikodema Dyzmy. Prawdopodobnie najlepszy dramat gangsterski od lat. Nieco więcej.



Trzy pozycje z numerem trzy to nie pomyłka. Nie było w 2013 filmu, który nazwałbym tym zdecydowanie najlepszym, jak również takiego, który nazwałbym prawie-najlepszym. No to na dokładkę jeszcze pięć klasyków, które dopiero w zeszłym roku miałem okazję poznać, a które rozłożyły mnie na łopatki:

5. "Lawrence z Arabii" (David Lean, 1962)
Od filmu przygodowego do gorzkiego dramatu wojennego. Wspaniała, a jednocześnie straszna opowieść o niezwykłym człowieku, któremu było niebezpiecznie blisko do płk. Kurtza. True story.



4. "Nagi instynkt" (Paul Verhoeven, 1992)
Film, który wcześniej widziałem tylko w dzieciństwie (czyli "było to dawno i nieprawda"). Mistrzowska gra z widzem, imponująco budowane napięcie. Verhoeven, do cholery.



3. "Sieć" (Sidney Lumet, 1976)
Brutalna satyra na świat mediów. Szokująco aktualna, jak to stwierdził pewien znajomy.



2. "McCabe i pani Miller" (Robert Altman, 1971)
Zwlekałem z obejrzeniem tego filmu chyba z 10 lat, bez kitu. Straszna ze mnie łajza. To jeden z najwybitniejszych antywesternów (zdaje się, że to będzie mój nr 2 po "Pat Garrett & Billy the Kid"), mitologię filmowego Dzikiego Zachodu niszczący tak swoim skrajnym realizmem, jak i jego niespodziewanie lirycznym ujęciem.



1. "Revolver" (Sergio Sollima, 1973)
Arcydzieło poliziottesco prosto od jednego z mistrzów spaghetti westernu. Mądre, nieobliczalne, z niesamowitą kreacją Olivera Reeda. Na pierwszy rzut oka dosyć konwencjonalne, w rzeczywistości wychodzące daleko poza gatunek.




Od trzech lat obiecuję sobie, że skupię się wreszcie na nowościach polskiego rynku i polskim komiksie w ogóle, ale cały czas mi się to nie udaje i w moich łapach zwykle lądują kolejne tytuły anglojęzyczne. Oczywiście nie ma tego złego - głównie nadrabiam niekończące się zaległości z klasyki. W każdym razie, w związku z powyższym, poniżej lista dziesięciu najlepszych komiksów, jakie w ostatnim roku poznałem. Wydanych kiedykolwiek i gdziekolwiek. Kolejność alfabetyczna.

"All-Star Superman" (Grant Morrison i Frank Quitely, 2007-2009)
Cudownie absurdalne i poruszające zarazem. Morrison garściami czerpie z kanonu Człowieka Ze Stali, jednocześnie zgrabnie unikając jakiejkolwiek hermetyczności. Zajebista rzecz. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę to, jak ciężko napisać dobrą historię o takiej postaci.



"Athos in America" (Jason, 2011)
Zbiór skrajnie różnych historyjek norweskiego mistrza minimalizmu. Od noir po komedię autobiograficzną (?). Moim faworytem love story o pewnym naukowcu i pozbawionej ciała głowie wybranki jego serca.



"Fatale: Death Chases Me" (Ed Brubaker i Sean Phillips, 2012)
Mistrzowie "czarnego komiksu" znowu w akcji, tym razem przefiltrowujący tradycję noir przez pulpowy horror spod znaku Lovecrafta. Miłość, gangsterzy i szatan. Czego chcieć więcej?



"Goliat" (Tom Gauld, 2012)
O tym, że biblijny Dawid był strasznym ciulem. Więcej.




"League of Extraordinary Gentlemen: Black Dossier" (Alan Moore i Kevil O'Neill, 2007)
Zaginiony dramat Szekspira, bełkot Beat Generation, historia świata z punktu widzenia Aleistera Crowleya, niemiecki ekspresjonizm i dużo, dużo więcej.



"Maczużnik" (Michał Rzecznik i Daniel Gutowski, 2013)
Poezja, wódka i robaki. Zdaje się, że jeden z najlepszych polskich komiksów ostatnich lat.



"Przybysz" (Shaun Tan, 2013)
Neorealizm + surrealizm + ekspresjonizm +..... Przepięknie "namalowane". Więcej.



"Sleeper" (Ed Brubaker i Sean Phillips, 2009)
Noir przefiltrowane przez superhero. Brzmi słabo i podchodziłem do tego bardzo nieufnie (a gdyby nie nazwiska twórców, to pewnie w życiu bym tego nie ruszył). No i proszę - szczęka na podłodze, najwybitniejszy komiks Bru & Phillipsa, arcydzieło noir (na podobnej zasadzie, na jakiej arcydziełem tegoż zacnego gatunku jest "Łowca androidów").



"Superman: Whatever Happened to the Man of Tomorrow" (Alan Moore i wielu innych, 2009)
Zbiór moore'owskich klasyków z lat 80., ze słynną "ostatnią historią o Człowieku Ze Stali" na czele. Bardzo old skulowe, pomysłowe, błyskotliwe. Poziom "Zabójczego żartu", nie "Strażników". Żeby nie było.



"Uzumaki - Spirala" (Junji Ito, 2011)
Esencja horroru wyciśnięta niczym sok z pomarańczy. Więcej.




W 2013 miałem nawet coś tam o muzyce czasem napisać, ale nie wyszło. Ostatnimi czasy muzyka zeszła u mnie na dalszy plan i wypadłem z obiegu. Może tylko dlatego odnoszę wrażenie, że z szeroko pojmowanym garażem i okolicami - bo w to zwykłem celować - nie jest tak fajnie, jak być powinno. A może faktycznie po mocarnej pierwszej dekadzie XXI wieku po prostu przyszła pora na lata posuchy (już drugi rok z rzędu nie doszedłem nawet do dziesięciu płyt, które mógłbym nazwać ulubionymi). No ale przejdźmy do rzeczy. Kolejne tytuły w kolejności takiej, w jakiej je poznałem. Numerki wstawiam dla zmyły.

1. Ooga Boogas "Ooga Boogas"
Australijczycy znowu kombinują, ale zdecydowanie mniej zadziornie niż na swoim debiucie. Nie słychać tu już wpływu klasycznego garage rocka, jest za to synth, a nawet okolice country. I, jak dla mnie, jest lepiej. Płyta w sam raz na kaca - odpowiednio chaotyczna, transowa i lekka zarazem - a dokładniej na ten moment, kiedy już nie czujesz bólu głowy, ale mózg ciągle daleki jest od sprawnego funkcjonowania. Odpalasz to cudo i w pewnym momencie wydaje Ci się, że pływasz w powietrzu. Najlepszy kawałek.



2. Oblivians "Desperation"
Wiele lat czekałem na powrót tych, bez których współczesny garage wyglądałby zupełnie inaczej (ile kapel nigdy by nie powstało, gdyby nie było najpierw ich?). Teoretycznie można narzekać, że to już nie to samo, że jest zbyt grzecznie. Ale nie miałoby to sensu. Każda płyta Oblivians jest przecież inna (choć wszystkie łączy specyficzna surowość i prostota), a panowie swoje lata już mają i zamiast nagrywać po pijaku, nagrywali po kawie. To słychać, tak w muzyce, przy której bardziej chce się tylko nogą potupać niż odbijać od ścian, jak i w tekstach. Nie, żeby nie było powrotu do przeszłości, ale jest on dosyć umowny (świetna okładka, ironicznie odnosząca się do niektórych z tych starszych - na przykład do tej). Panowie nie udają, że są znowu młodzi i chwała im za to. Płyta bynajmniej nie tylko dla fanów. Jeden z lepszych kawałków.



3. Destruction Unit "Deep Trip"
Siódmy i najlepszy album DU. Zespół przeszedł bardzo długą drogę. Początkowo był to projekt jednoosobowy, a dziś gra w nim pięciu gości. Chyba za każdą kolejną płytę odpowiedzialny był inny skład, ale - jeśli nie liczyć split LP z Black Sunday, gdzie DU stało się na chwilę duetem będącym połączeniem dwóch różnych projektów - bodajże dopiero teraz każdy z członków ma takie samo prawo głosu. Gdzieś kiedyś był to wściekły synth-punk, potem było zimno i mrocznie, a następnie ciepło i pustynnie. Obecnie DU to, jak podpowiada kolega, space rock. Ciężki i hałaśliwy, ale na swój sposób przyjemny. Jeden z lepszych kawałków (w wersji live, nota bene szybszej, dłuższej i fajniejszej od tej studyjnej...).



4. The Dirtbombs "Ooey Gooey Chewy Ka-Blooey!"
Kolejny eksperyment ex-mistrzów z Destroit. Ten ostatni, gdzie panowie i pani zabrali się za przerabianie techno z lat 80., okazał się niewypałem. Ciekawym, ale nic więcej. Tym razem kapela wzięła się za tzw. bubblegum pop. I od razu jest lepiej. Wprawdzie nie tak dobrze, jak kiedyś, ale już się pogodziłem z myślą, że Dirtbombs nigdy nie wrócą do poziomu, jaki prezentowali choćby na soulowym "Ultraglide in Black". W zasadzie to nawet nie jestem pewien, czy "Ooey..." jako całość można nazwać czymś dobrym. Jest okropnie słodko i słonecznie, w pewnym momencie aż do wyrzygania. Dla mnie jednak ważniejsze jest to, że to doskonała rzecz na deszczową jesień. Ostatni wrzesień był przejebany. Łaziłem w przeciekających butach po mieście i w ogóle tragedia stulecia, ale właśnie dzięki tejże płytce uśmiech nie znikał mi z gęby. Przestało padać, to przestałem tego słuchać i raczej nie wrócę do tego wcześniej, niż za (prawie) rok. Ale wrócę na pewno i znowu będę się cieszył jak głupi. That's for sure.



5. Mystery Girls "In The Meantime, The In Between Time"
Dwa pierwsze albumy MG to był kawał porządnego "bluesowego rock'n'rolla", ale niekoniecznie sprawdzały się jako całość. Zbyt wygładzone, z piosenkami, które same w sobie były przeważnie naprawdę git, ale które były grane na jedno kopyto. Ich brakujące ogniwo stanowiły (zwykle ostrzejsze) utwory z singli i pewnej mocarnej, przećpanej EP-ki. Potem przyszła pora na album numer trzy, zaskakująco różnorodny, ale też trochę przekombinowany. I zespół wpadł w limbo. Dziś już nie istnieje, ale, całe szczęście, na pożegnanie chłopacy z Wisconsin postanowili wypluć kompilację odrzutów, demówek i koncertówek. Kompilację utworów, których brakowało ich płytom studyjnym. Kompilację, która owe płyty przebija (no, jeśli przymknąć oko na to, że wypełniającego połowę całości koncertu praktycznie nie da się słuchać). Trzy zajebiste kawałki.



6. Pampers "Pampers"
Wysokooktanowe, ciężkie i szalone. Podobno jest to art punk, ja nie wiem, zawsze miałem uczulenie na ten termin, chociaż dziś nie większe niż na tak zwany zwykły punk, skoro 99% obecnych kapel to gówniana kalka kalki. A Pampers to Pampers (znaczy się kuzyni Lamps). Słuchać ich debiutu to jak pić na przemian wódkę i czarną kawę gdzieś nad ranem. Mrok i moc. Trzy dobrze obrazujące to kawałki (nie są to te najlepsze, ale co zrobić). 



7. The Gories "The Shaw Tapes"
Kolejni weterani (i współtwórcy) współczesnego garażu. Tak jak Oblivians, tak i na ich koncerty prawie nikt nie przychodził, a potem okazało się, że połowa kapel się na nich w jakimś stopniu wzoruje (The White Stripes na przykład, choć ciężko ich zaliczyć do sceny garage). Prymitywny, obskórny rhythm'n'blues (i nie tylko) grany przez ludzi, którzy o instrumentach nie mieli zielonego pojęcia. Co uczynili swoim atutem. "The Shaw Tapes" to płyta tylko dla fanów. Średnio dobrze zarejestrowany, ale elegancko zagrany koncert sprzed lat, na którym można usłyszeć utwory, których kapela nigdy nie nagrała w studio (czy innej piwnicy). Ludzi na widowni wyjątkowo było więcej niż kilkunastu, słychać też w paru miejscach, że niektórzy przyszli sobie po prostu do baru pogadać i popić. I to też ma swój urok, bo sprawia, że płyta ma wybitnie knajpiany klimat. Jeden z wielu zajebistych kawałków (SoundCloud szwankuje i co jakiś może się samo pauzować).


13 komentarzy:

  1. Z tej klasycznej piątki to widziałem wszystkie, "Lawrence z Arabii" to naprawdę wspaniałe widowisko, robi większe wrażenie niż zrobione przy użyciu komputerów współczesne widowiska. "Revolver" to film, po którym wiele oczekiwałem, ale i tak zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. "Nagi instynkt" też widziałem w dzieciństwie, ale nie odświeżałem go sobie, bo pamiętam dość dobrze. Nastrojowy, trzymający w napięciu thriller - Sharon Stone w żadnym innym filmie nie wypadła tak rewelacyjnie (może z wyjątkiem "Kasyna" Scorsese). "Sieć" Lumeta nie zrobiła na mnie wrażenia, oglądałem ten film parę lat temu i już niewiele pamiętam, poza tym że to satyra na telewizję. "McCabe i pani Miller" - po raz kolejny mi głupio, bo wszyscy chwalą, ale ja tu nie widzę wybitnego dzieła. Ot, taki sobie western, który próbuje być realistyczny, a jest zwyczajnie nudny ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pacific Rim wyżej od Drug War? WTF! No ok, walki kaiju vs roboty są zajebiste, i świat przedstawiony jest nawet fajny, i że postacie pilotów są wizualnie wyraziste (jak z oldschoolowego kina kopanego) też mi się podoba, i soundtrack jest całkiem spoko, ale para głównych bohaterów to charakterologiczne kartony, a fabuła to bajka na Cartoon Network... I to wcale nie jakaś dobra bajka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zajebista bajka. Pomysłowa (piękna parafraza "Alicji w Krainie Czarów" się pojawia, jest rewelacyjna sekwencja zgęszczona na starcie), z elegancką dramaturgią, bardzo sugestywnie nakręcona. W swojej kategorii to absolutne mistrzostwo. Nokautuje "Transformers" itd. jeszcze przed wejściem na ring. Czemu wyżej od "Drug War"? A czemu by nie?? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też w dzieciństwie oglądałem takie kreskówki i mam do tego sentyment, ale jeśli odrzucić nostalgię to ten film się nie broni. Nie jest pomysłowy, to seria klisz z mecha anime i filmów z potworami - fanbojowa fanaberia na hollywoodzkim budżecie. Problemem z postaciami bohaterów nie jest to, że są płytkie psychologicznie tylko to, że są nieciekawe. Człowiek bardziej niż tym kolesiem z Sons of Anarchy i Japonką przejmuje się Elbą, Perlmanem, Charlie Day'em, czy tymi Australijczykami z buldogiem - ale dlatego, że są wyraziści, a nie wewnętrznie wielowymiarowi. A co do Japonki, to wg mnie można za to winić scenariusz albo reżyserię, bo po scenach w wyludnionym Tokio ona już praktycznie nie ma dialogów i nic nie robi, schodzi na drugi albo i trzeci plan.

      Nie to, że Pacific Rim nie ma prawa być na takim bestofie, momenty jak najbardziej są i ogólnie to jest fajny film, ale nie jest lepszy od Drug War. A z filmografii Del Toro to Blejda Dwa nie przeskoczył :)

      "Nokautuje "Transformers" itd. jeszcze przed wejściem na ring."

      Nigdy nie widziałem Transformersów (wiem, wiem... wstyd :P), ale gdyby Bay wystawił do walki Pain & Gain, to Pacific Rim by leżało na dechach :)

      Usuń
    2. Powiedziałbym, że to jest oryginalne w swojej nieoryginalności, bo rzecz w tym, że takiego zlepku nie było jeszcze w kinie.

      Nie mówię, że jest lepszy i nie mówię, że jest gorszy, bo - abstrahując już od tego, że oba tytuły są w swoich kategoriach mocarne - nie porównuję kiełbasy do czekolady. Lubię jedno i drugie, jednak w życiu nie zjadłbym ich jednocześnie ;]

      Drugiego Blade'a już nie pamiętam, ale ogólnie zawsze uważałem Del Toro za przereklamowanego reż. i dopiero tym filmem mnie kupił.

      "Transformers" to gówno. "Pain & Gain" nie widziałem. Zachęciłeś, odpalę pewnie jeszcze dziś. http://www.youtube.com/watch?v=R4rMy1iA268

      Usuń
  4. Mało tego. Pierwsza walka i ta w Hong Kongu są git, ale finałowa jest skaszaniona do imentu - chaos, brak przejrzystości i montażowa sraka.
    Co do bohaterów, to jest tu jedna strasznie wkurwiająca rzecz. Główny hirou na początku rzucił ręcznik na liny, schował ogon pod siebie i poszedł zapierdalac do fabryki. Jednym słowem taki cienki wafel . Nagle dostaje rozkaz powrotu i od razu jest najlepszy ze wszystkich. Natomiast koleś , który rozjebał kajiu w czasie, kiedy wszyscy zwątpili i faktycznie dał światu kopa do dalszej walki - od razu jak go poznajemy okazuje się bucem, cieniasem i łajzą - ten, który zrobił to, co Gerard w Istambule jest ciulem, a jakiś straumatyzowany nieudacznik wybrańcem bogów. Ja tego nie kupuję w życiu. No i to odreagowywanie traumy u laski z murzynem w wyludnionym Tokio - żałosne i bez sensu.
    A poza tym, kawał radochy i parę zmyślnych patentów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam. Na moje oko to ten chaos był jak najbardziej zamierzony. Miał być totalny rozpierdol. Me like it.
      Psychologii też bym się nie czepiał, była pretekstowa.
      Ale ciul w to wszystko. Ten film sprawił, że znowu byłem dzieckiem. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem taką frajdę. Czułem się dokładnie tak, jak wtedy, gdy (gdzieś w w przedszkolu) oglądałem po raz pierwszy "Wojownicze Żółwie Ninja" :)

      Usuń
    2. Ja w pewnym sensie też i dla tego właśnie się czepiam, z całą powagą przeżycia i krytycyzmu ,,wewnętrznego dziecka''' : D
      Na wiele rzeczy oczywiście można ( należy ) machnąc ręką, ale nie na finałową rozpierduchę. Zjebali to. Nie ma taryfy ulgowej dla sceny, na którą się czeka przez pół filmu.

      Usuń
  5. Masz pomyłkę, "Django" nakręcił Wajda ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. to może nie do końca to samo, ale chyba powinno Cię zainteresować (o ile już nie znasz) jeżeli kupił Cię The Sleeper Brubakera i Phillipsa

    - Human Target (koniecznie) ze scenariuszami Petera Milligana, wiem, że komiks zainspirował później słaby serial i po latach robiono mu komiksowy sequel, który też nie zabija, ale wszystko co w Human Target napisał Milligan polecam,
    - z nowszych rzeczy Uncanny od Andy'ego Diggle'a. Też trochę inaczej niż The Sleeper, ale w obecnie wychodzących komiksach nie czuć tyle tego charakterystycznego klimatu co właśnie w Uncanny (wydaje to Dynamite Entertaiment)
    pzdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałem okazję przeczytać dwa zeszyty Human Target Milligana i to jednak nie było dla mnie. Zbyt szybkie, zbyt efektowne. Z Uncanny kontaktu nie miałem. Dzięki za polecanki :)

      Usuń

anonimie, podpisz się