środa, 7 marca 2012

Boss (sezon pierwszy, 2011)


Doskonały przykład "nowej jakości" małego ekranu. Zgaduję, że nie było wcześniej serialu tak bezkompromisowo (tak cynicznie) demaskującego mechanizmy władzy/świat polityki. Zgaduję też, że nie było wcześniej serialu tak moralnie ambiwalentnego, w kilku miejscach wręcz przekraczającego granice. Bo jak inaczej nazwać sytuację, kiedy widz zmuszony jest - poprzez odpowiednią konstrukcję dramaturgiczną - kibicować bohaterowi wtedy, kiedy etyka nakazuje życzyć mu porażki?

Gierki między postaciami przekładają się na gierki twórców z odbiorcami. Niemal na każdym kroku, na różne sposoby. Być może Hitchcock, z którego teorii budowania napięcia twórcy tu tak bardzo czerpią, przewraca się teraz w grobie, jednakże faktem jest, iż od strony scenariopisarskiej Boss to diabelnie inteligentna robota. Zresztą od pozostałych stron także.

Najbardziej podobała mi się sama forma (ani na moment nie przerastająca treści). Opowiadanie bardzo płynnie przechodzi z obiektywnego w subiektywne, choć paradoksalnie wywołuje tym istotny dla historii dysonans. Spośród pozostałych rozwiązań rzucających się w oczy przeważają te bardzo tradycyjne, jak montaż dźwięku służący ciągłości narracyjnej czy zaskakująco liczne, mocno psychologizujące  zbliżenia i detale (zabiegi dosyć ryzykowne, tutaj stosowane ze znakomitym wyczuciem). Świetnie sprawdza się też pojawiająca się tylko czasem muzyka, teoretycznie o charakterze ilustracyjnym, jednakże dzięki odpowiednio przygotowanemu wcześniej gruntowi - tj. dominacji dźwięków naturalnych i dialogów oraz dwuznaczności samej historii - bardzo naturalnie uwypuklająca charakter danych scen. Ale największe wrażenie zrobił na mnie okazjonalnie stosowany, podyktowany dialogiem/monologiem slalom czasu przeszłego i teraźniejszego. Zgaduję, że na lekcjach języka filmu twórcy byli uczniami bardzo pilnymi.

PS. Po serial sięgnąłem zachęcony tą recenzją.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

anonimie, podpisz się