środa, 25 lipca 2012

Każdy może mieć swojego Nietoperka

Premiera "Mroczny Rycerz powstaje" już jutro, na minutę przed pojutrzem. Poniżej artykuł opublikowany pierwotnie na łamach Kolorowych Zeszytów.

City of Scars

Jak wiadomo, wraz z niezwykle szybkim rozwojem Internetu oraz technologii cyfrowej na początku XXI wieku, kolejne amatorskie filmy zaczęły być realizowane i dystrybuowane na skalę wcześniej niespotykaną. Rozwinęło się kino niezależne, a tym samym także to fanowskie - produkowane przez pasjonatów chcących w jakiś sposób złożyć hołd swoim ukochanym bohaterom. Mimo, iż komiks nie cieszy się ostatnimi czasy jakąś szczególną popularnością, to właśnie komiksowi herosi - obok tych znanych z gier komputerowych - ciągle dominują w światku fanfilmów. Z kolei tym z nich, który pochwalić się może największą ilością dotyczących go obrazów jest Mroczny Rycerz.

Filmowy wizerunek Batmana oraz jego uniwersum zmieniał się za każdym razem, gdy tylko powstawały kolejne adaptacje jego przygód. Pierwszym obrazem kinowym opisującym jego losy był Batman zbawia świat z 1966 roku, który ociekając infantylnością i tandetą, przypadkiem parodiował nie tylko komiksowy pierwowzór (choć do wydawanych wówczas zeszytów o Nietoperku nie było mu tak wcale daleko), ale i sam siebie, do dziś stanowiąc obiekt drwin. Nic więc dziwnego, że Hollywood sięgnęło po przygody Mrocznego Rycerza dopiero ponad 20 lat później. Reżyser Tim Burton swoimi gotyckimi wizjami znacznie poprawił jego wizerunek w oczach ludzi nieinteresujących się komiksem. Drugim ze swoich filmów, Powrotem Batmana, odważnie zbliżył się do tego, co w pierwowzorze było (moim zdaniem) najlepsze, choć to już niestety nie spodobało się szerszej publiczności tak bardzo. A już kilka lat później wszystko zepsuł Joel Schumacher, który popełnił odpychające gnioty w postaci Batman Forever oraz Batman & Robin. Rażące nie tylko zabójczą dawką kiczu i efekciarstwa, ale też nawałem iście kuriozalnych pomysłów, z pamiętnymi sutkami na kostiumie herosa na czele. Dekadę po tym upadku, Batman powstał wraz z cieszącymi się niesłabnącą popularnością, pełnymi akcji obrazami autorstwa Christophera Nolana.

Wspomnienie o hollywoodzkich adaptacjach jest tu o tyle istotne, że bez nich większość fanfilmów wyglądałaby zupełnie inaczej, a część z nich w ogóle by nie powstała. Bo, jak się okazuje, dla większości amatorskich twórców są one tak samo lub niemal tak samo istotne, jak komiksy. Niektóre produkcje są zresztą bezpośrednią reakcją na kolejne widowiskowe tytuły, jak np. Batman Forever and Ever parodiujący nieudolne obrazy Schumachera, Batman Brutality i Batman Duality będące kontynuacjami filmu Batman: Początek (a tym samym swoistymi wariacjami na temat Mrocznego Rycerza, choć zrealizowanymi przed jego premierą) czy wreszcie Catwoman: Nine Lives autorstwa fanów postaci Seliny Kyle, którzy zawiedzeni fatalnym Catwoman z Halle Berry w roli tytułowej postanowili pokazać jak powinna wyglądać opowieść o słynnej kotce. To czy im się udało, to już inna sprawa.

Filmy fanowskie cechują się oczywiście niskim, a czasem zerowym wręcz budżetem oraz brakiem udziału profesjonalnych filmowców uczestniczących w ich realizacji. A przynajmniej z reguły. Niestety spora ilość amatorskich twórców stawia na efektowność, która poprzez niedobór środków obraca się przeciwko nim, czyniąc z ich obrazów zwykłą błazenadę. Także same scenariusze mają często niewiele do zaoferowania, kopiując przeważnie te same wzorce, w kółko przetwarzając nieświeże już historie. Innymi słowy: nietoperkowe kino fanów jest okropnie tendencyjne. Ale na szczęście nie zawsze. Przecież uniwersum Batmana to bogaty świat. Można zaglądać do przeróżnych jego zakamarków i niektórzy słusznie podążają tym tropem. Do tego sam bohater nie jest żadnym Supermanem czy herosem ze stajni Marvela. Jego dekadenckie Gotham wzorowane jest na deszczowych miastach znanych z kina noir, które wypełniają wprawdzie przestępcy upiorni i groteskowi, ale nie zawsze przecież obdarzeni jakimiś szczególnymi super-mocami. Problem z widowiskowością można więc też odhaczyć. Wystarczy chcieć.

Harlequin
Twórcy, których nie ograniczają naciski filmowej branży, którzy działając non-profit nie muszą przejmować się prawami autorskimi (o ile nie przesadzają z pożyczaniem cudzych dokonań), w swoich dziełach pozwolić sobie mogą na więcej, niż hollywoodzcy reżyserzy. To tutaj Batmanowi pomagać może postać z innego komiksu (jak Superman w World's Finest), a nawet z całkiem innego uniwersum (Punisher w Batman: Dark Punishment), co zresztą tyczyć się może i jego przeciwników (w Batman: Dead End zmierzyć się musi z Alienami i Predatorami, co oczywiście wzorowane było na pewnej znanej serii komiksowej). No i wreszcie nie zawsze to Mroczny Rycerz musi być najważniejszą postacią, czasem nie pojawiając się nawet wcale lub znajdując się gdzieś na marginesie opowieści, jak w Patient J ukazującym wizytę Jokera u więziennego psychologa, czy Harlequin, której trzon fabuły stanowi przemiana porwanej przez najsłynniejszego złoczyńcę Gotham "lekarki" w jego kochankę i pomocnicę.

Zdarzają się też artyści, którzy swoimi filmami proponują inne spojrzenie na komiksowe legendy, czasem całkowicie je reinterpretując. Jednym z bardziej udanych tytułów tego typu jest Robin's Big Date. Jest to też jeden z nielicznych widzianych przeze mnie komediowych fanfilmów, których humor zgrabnie unika poziomu żenady (znanego choćby z potworka pt. Harley and Selina). Oto Robin, chłopiec nieśmiały i zakompleksiony, wybiera się na randkę z pewną pięknością do restauracji. Ale na jego nieszczęście szybko odnajduje go jego najlepszy kumpel, Batman, który tutaj jest typem cwaniaczka i prostaka. Mroczny Rycerz powoli acz konsekwentnie psuje romantyczną atmosferę wprowadzając Robina w coraz większe zakłopotanie. Obaj herosi przedstawieni są w zasadzie jako zwykłe nerdy, które lubią się przebierać w kolorowe kostiumy, a o których mówi się, że gdzieś tam podobno zdarzyło im się z kimś bić. Twórcy uczłowieczają ich i obdzierają z heroizmu w sposób pozbawiony jakiejkolwiek pretensjonalności. Proste i przyjemne.

Zdecydowanie najoryginalniejszym fanfilmem, jaki widziałem, jest The Death of Batman, który zaczyna się od parafrazy słynnego dzieła Tima Burtona, po której bohater rażony paralizatorem traci przytomność i szybko staje się niewolnikiem walczącego z nim przestępcy. Autor filmu, Donald Lawrence Flaherty, postawił jednak nie tyle na niezwykłą przewrotność i drapieżność, co na usilne szokowanie widza, co w połączeniu z realizatorskim anty-talentem (niezbyt udane nawiązania do Powrotu Mrocznego Rycerza Franka Millera) dobrze skończyć się nie mogło. Batman jest tu więc torturowany, faszerowany narkotykami, a potem też przez swojego dręczyciela zgwałcony. Analnie oczywiście. Szkoda, że Flaherty szybko, za pomocą tanich zagrywek przekroczył granice dobrego smaku, bo przecież tkwił w tym jednak pewien potencjał. Jego film z jednej strony jest dowodem na to, jak wiele można w nietoperkowym uniwersum zrobić, z drugiej strony na to, jak łatwo można się w tym zagubić. Oryginalność kosztem jakości.

Na szczególną uwagę zasługuje autor wspomnianego wcześniej Patient J. Aaron Schoenke, lider grupy Bat in the Sun specjalizującej się oczywiście w produkcjach dotyczących przygód Mrocznego Rycerza. Wraz ze znajomymi kręci filmy już od prawie 10 lat, a że - z reguły - ich kolejne twory są stopniowo coraz lepsze, a praktycznie każdy z nich ma co nieco dobrego do zaoferowania, zebrał już grono fanów. Niektóre z jego filmów zarobiły trochę pieniędzy na różnych festiwalach, dzięki czemu budżet kolejnych produkcji stale rośnie. Już Dark Justice wyróżniał się całkiem pozytywnie na tle innych fanfilmów robionych niemalże w domowych warunkach, ale ostatnie jego dzieło, City of Scars, wygląda miejscami jak profesjonalne kino. Konsekwencja i cierpliwość popłacają. Wszystkie produkcje Bat in the Sun, które widziałem, cechują się ponurą tonacją. Czasem do przesady, ocierając się o pretensjonalność, a czasem idąc bardziej w stronę przebojowości (jak w całkiem przyjemnym Batman Legends).

Ashes to Ashes
Skoro już przy nieco większym budżecie jesteśmy, koniecznie dorzucić należy też nazwisko reżysera Sandy'ego Collory. Jego wspomniany też wcześniej Batman: Dead End to prawdopodobnie najbardziej popularny batmanowy fanfilm w historii. I wcale się temu nie dziwię. Reżyserowi udało się stworzyć mroczną atmosferę, którą niespodziewanie zamienia w nie lada widowisko, mimo pozornego braku odpowiedniej do tego kwoty. Zaś niektóre ujęcia z filmu śmiało mogłyby nawet konkurować z fragmentami filmów Burtona. Dobra to rzecz. Szkoda, że reżyser nie zabawił w uniwersum Batmana na dłużej. Rok później stworzył jeszcze dwa trailery fikcyjnych filmów - World's Finest i Grayson. Ten pierwszy przedstawia Batmana łączącego siły z Supermanem w walce przeciw Lexowi Lutherowi i Two Face'owi, ten drugi zaś ukazuje wielki powrót Robina po tajemniczej śmierci swojego mistrza. Chociaż gwoli ścisłości nagromadzeniem wątków i postaci przypomina bardziej trailer serialu, niż filmu. Oba tytuły całkiem ciekawe, ale niedosyt pozostaje. Collora wróć!

Choć oczywiście to Amerykanie dominują w fanowskich produkcjach, nieliczni Europejczycy wcale nie pozostają w tyle. Oto jednym z najciekawszych i najlepszych formalnie jest francuski Ashes to Ashes, będący nietypową mieszanką Batmana z Sin City - zarówno oryginałem Franka Millera (fabuła), jak i adaptacją Roberta Rodrigueza (technika). Świetna wizualnie i odważna od strony scenariuszowej historia opowiedziany jest głównie z perspektywy drobnego bandziora pracującego dla Pingwina, a będącego mężem samej Harleen Quinzel. Właściwa część fabuły rozpoczyna się, gdy z pomocą kilku złodziei włamuje się do rezydencji Bruce'a Wayne'a, gdzie bestialsko morduje Alfreda. Efektem tego skazuje się oczywiście na nieuchronne spotkanie z Mrocznym Rycerzem, bardziej bezwzględnym, niż kiedykolwiek wcześniej. A to jeszcze nie wszystko. Ashes to Ashes to najmroczniejsza i najbrutalniejsza fanowska opowieść, jaką widziałem. Czasem efekciarska i nieczytelna, ale zgrabnie łączy tradycję czarnego kina z nowoczesnością, czym miejscami robi naprawdę duże wrażenie.

Innym dobrym przykładem na niezłą jakość europejskich fanfilmów jest hiszpańska animacja Arkham Asylum, będąca oczywiście adaptacją słynnego albumu autorstwa Granta Morrisona i Dave'a McKeana. Rzecz wygląda wprawdzie jak zwiastun większej produkcji, ale w niczym jej to nie ujmuje. Zaś niezwykle dopracowana strona techniczna zasługuj na gromkie brawa. Tej jakości nie ma się co dziwić - film powstawał przez jakieś 16 miesięcy. Powoli, ale konsekwentnie. Co ciekawe, z czasem pojawiła się też i polska produkcja hołdująca mrocznemu herosowi - Batman: The Silent Movie autorstwa człowieka ukrywającego się pod pseudonimem Breja. Jest to rzecz niezbyt udana, ale ciekawa. Jej trzon stanowią liczne fragmenty seriali i filmów animowanych, które odpowiednio ze sobą zmontowane tworzą zupełnie nową historię. Wiele można jej zarzucić, ale przywodzi na myśl ewentualną radę dla potencjalnych Polaków, którzy chcieliby w przyszłości nakręcić film fanowski - unikać dialogów, opowiadać samym obrazem. Bez przenoszenia Gotham w nasze realia, bo to nie mogłoby się dobrze skończyć.

Niezależnie od poziomu danych produkcji, jedno trzeba przyznać - ich autorzy dowiedli, że każdy może mieć własnego Nietoperka. Nie podobają Ci się kolejne hollywoodzkie filmy? Wiele rzeczy opowiedziałbyś inaczej? Zbieraj pieniądze, namawiaj kolegów, łap kamerę i kręć. Niektóre z fanfilmów są dowodem na to, że warto. Nie mam wątpliwości, że Bob Kane byłby dumny. Być może nawet z tych produkcji kręconych tylko w domowych warunkach, tych najbardziej żałosnych, żenujących, niedopracowanych pod każdym możliwym względem. Bo i one robione były z miłości do jego bohatera.

Batman: Dead End

1 komentarz:

anonimie, podpisz się